Zamilkła, spostrzegłszy córkę. Zatrzasnęła gwałtownie wieko i nie podnosząc się z ziemi, spojrzała na Ninę, która stała przy niej z bladym uśmiechem na sennej twarzy.

— Widziałaś! Prawda, że widziałaś! — krzyknęła ostrym głosem. — To wszystko moje. Za ciebie to dostałam. Jeszcze nie dosyć! Będzie musiał dać więcej, nim zabierze cię na tę południową wyspę, gdzie jego ojciec jest królem. Czy mnie słyszysz? Jesteś więcej warta, wnuczko radżów! Więcej! Więcej!

Z werandy ozwał się głos Almayera, nakazujący milczenie. Pani Almayer zdmuchnęła światło i wpełzła na czworakach do swego kąta. Nina wyciągnęła się na stosie mat, z rękami splecionymi pod głową; przez otwór w ścianie, zastępujący okno, patrzyła w gwiazdy mrugające na czarnym niebie i czekała chwili, gdy trzeba będzie udać się na umówione miejsce. Ciche szczęście przepełniało ją na myśl o tym spotkaniu w głębi puszczy, z dala od ludzkich oczu i siedzib. Dusza jej zapadała znowu w dzikość, której nie zdołało wytępić zetknięcie z cywilizacją oddziałującą na nią ongi za pośrednictwem pani Vinck. Uczucie dumy i zarazem lekkiego pomieszania ogarnęło ją na myśl o wysokiej cenie, jakiej zażądała za nią doświadczona matka, lecz uspokoiło ją wspomnienie wymownych spojrzeń i słów Daina. Przymknęła oczy, przejęta słodkim dreszczem w przeczuciu oczekiwanego spotkania.

Bywają okoliczności, w których i dziki, i tak zwany cywilizowany człowiek doznają jednakowych uczuć. Można przypuścić, że Dain Marula nie był zbytnio oczarowany przyszłą teściową i że nie pochwalał zachłanności tej zacnej kobiety na błyszczące guldeny. Lecz owego ranka, kiedy Babalaczi odłożył na bok troski państwowe i oddał się badaniu sieci zastawionych w zatoce Bulangiego, Dain nie doznawał żadnych uczuć prócz niecierpliwości i tęsknoty. Dotarł do wysepki, której wschodni brzeg tworzył wyżej wspomnianą zatokę, ukrył łódkę w krzakach i szedł wielkimi krokami, przedzierając się niecierpliwie przez gałęzie gęstego leśnego podszycia skrzyżowane nad ścieżką. Ze względu na ostrożność nie dojechał do samego miejsca spotkania, jak to zrobiła Nina; zostawił czółno w głównym korycie rzeki z przeciwległej strony wyspy. Gęsta, ciepła mgła ogarnęła go zaraz, ale zdołał dostrzec na lewo dalekie światełko w domu Bulangiego. Od tej chwili nie mógł już nic rozeznać w gęstniejącej mgle i trzymał się ścieżki jedynie przez jakiś instynkt, który przywiódł go do oznaczonego miejsca na przeciwległym brzegu wysepki. Wielka kłoda oparła się tutaj o ląd prostopadle do brzegu, tworząc rodzaj pomostu, o który rozbijały się z głośnym szumem wody bystrego strumienia. Wszedł na kłodę szybko i pewnie i dwoma długimi krokami znalazł się na drugim jej końcu wśród szumu i syku wody pieniącej się u jego stóp.

Trwał tak, odcięty od całego świata, niby zawieszony w pustce między niebem a ziemią, gdyż nawet woda szumiąca pod nim pochłonięta była przez gęstą mgłę poranną. I nagle wyszeptał imię Niny w bezkresną przestrzeń, pewien, że to wezwanie dojdzie jej uszu; czuł instynktownie bliskość czarownego zjawiska, przekonany, że i Nina świadoma jest jego obecności.

Czółno jej zamajaczyło przy kłodzie, wystając wysoko nad wodą wskutek ciężaru wioślarki siedzącej u rufy. Marula przytrzymał łódkę i wskoczył lekko, odsadzając się od brzegu silnym rzutem. Czółenko, posłuszne nadanemu kierunkowi, przepłynęło o włos od kłody i puściło się na fale rzeki, która z przychylną życzliwością obróciła je bokiem do prądu i poniosła szybko i bezgłośnie między niewidzialnymi brzegami. A Dain zapomniał znów o całym świecie u stóp Niny, porwany falą uniesienia, zmożony szczęściem, dumą i pożądaniem. Uczuł raz jeszcze z niezbitą pewnością, że nie ma dla niego życia poza istotą, którą trzyma przy sercu w namiętnym, długim uścisku.

Nina wysunęła mu się z objęć z cichym śmiechem.

— Przewrócisz łódkę, Dainie! — szepnęła.

Chwilę jeszcze topił w jej oczach rozgorzałe spojrzenie, wreszcie puścił ją z westchnieniem i wyciągnął się na dnie czółna, opierając głowę o jej kolana. Spojrzał w górę, sięgnął poza siebie, ogarniając ramionami jej kibić, i splótł ręce na jej plecach. Schyliła się nad nim, wstrząsnąwszy głową, rozluźniła sploty włosów, które opadły, ujmując twarze obojga w czarne ramy.

Prąd ich unosił. Nina chyliła głowę coraz niżej, aby nie stracić żadnego ze słów Daina, droższych jej niż samo życie. Rodziły mu się na ustach, nieokrzesane, a wymowne; dzika jego natura poddała się wszechwładnej namiętności. Nic nie istniało dla tych dwojga poza łupiną wątłego czółenka. Zawarli w nim cały swój świat, tchnący potężną, zachłanną miłością. Nie widzieli zgęstniałej mgły, nie czuli przedrannego powiewu, który zacichł niebawem, zapomnieli o otaczającej ich puszczy, o całym świecie tropikalnej przyrody, która czekała w uroczystym, wymownym skupieniu na pojawienie się słońca.