Gwiazdy pobladły nad gęstą oponą80 mgły otulającej łódkę z jej brzemieniem młodości i szczęścia. Od wschodu niebo nasiąkło srebrnoszarą barwą. Wiatr przycichł; wszystkie żyjące stworzenia nad brzegiem wielkiej rzeki zastygły w spoczynku i ciszy niezamąconej ani szelestem liścia, ani pluskiem skaczącej ryby. Ziemia, woda i niebo zapadły w sen tak głęboki, że — zdało się — nie ockną się nigdy. Wszystka żywotność kipiąca w podzwrotnikowej naturze skupiła się w gorejących spojrzeniach i rozkołysanych sercach dwóch istot mknących w czółenku po gładkiej rzecznej tafli pod białym baldachimem mgły.

Wielki snop żółtych promieni strzelił nagle zza czarnej zasłony drzew okalających brzegi Pantai. Gwiazdy zagasły; drobne czarne chmurki u zenitu rozgorzały na chwilę purpurą. Gęsta mgła tknięta łagodnym powiewem — westchnieniem budzącej się natury — wirowała i darła się na fantastyczne strzępy, spod których wyjrzała pomarszczona toń rzeki, mieniąc się skrami w jasnym świetle dnia. Wielkie stada białych ptaków zanosiły się krzykiem i zataczały kręgi nad rozchwianymi wierzchołkami drzew. Słońce wzeszło nad wschodnim wybrzeżem.

Dain zbudził się pierwszy do trosk codziennego życia. Powstał i rzucił szybko wzrokiem w górę i w dół rzeki. Dostrzegł w tyle łódkę Babalacziego i odkrył drugą czarną plamkę na błyszczącej wodzie — czółenko Taminy. Przykląkł ostrożnie w dziobie czółna i ujął wiosło, a Nina, siedząca u rufy, poszła jego śladem. Pochylali się miarowo, odgarniając wodę każdym uderzeniem wioseł, a mała łupinka sunęła szybko i żłobiła wąską bruzdę objętą koronkowym szlakiem białej, lśniącej piany.

— Ktoś płynie za nami, Nino — rzekł Dain, nie odwracając głowy. — Nie dajmy się dopędzić. Jest chyba za daleko, aby mógł nas poznać.

— Przed nami widzę także łódkę — rzuciła Nina zdyszanym głosem, nie przestając wiosłować.

— Zdaje mi się, że poznaję, kto to taki — odrzekł Dain. — Blask wody mnie oślepia, ale to chyba Tamina. Przychodzi co rano na pokład brygu ze swoimi ciastkami i pozostaje czasem przez cały dzień. Nic nie szkodzi, steruj ku brzegowi, musimy dostać się pod gałęzie. Tu gdzieś blisko schowałem czółno.

Mówiąc to, spoglądał bacznie na szerokie liście palm nipah, o które ocierało się czółno w szybkim, cichym biegu.

— Spójrz, Nino — rzekł wreszcie — o tam, gdzie kończą się wodne palmy, pod zwisającymi gałęziami tego pochyłego drzewa. Steruj wprost na ten zielony konar.

Podniósł się i patrzył uważnie, jak łódka zbliża się powoli do brzegu, kierowana pewną i lekką ręką Niny. Przytrzymał się konara i przegiąwszy się do tyłu, silnym rzutem pchnął czółno pod niską, zieloną arkadę splecioną z pnączy. Wjechali do malutkiej zatoczki, powstałej wskutek zapadnięcia się wybrzeża podczas ostatniego wielkiego wylewu. Łódź Daina tkwiła tu u brzegu, obciążona wielkim kamieniem; wskoczył do niej, przytrzymując czółno Niny, i w chwilę później obie łupinki kołysały się spokojnie jedna obok drugiej, odbite w czarnym zwierciadle wody. Przyćmione, zielonawe światło przedzierało się przez wyniosłe sklepienie z gęstego listowia, a hen u góry, w jasnym blasku dnia, jarzyły się olbrzymie, purpurowe kwiaty, rozsypując nad Dainem i Niną deszcz wielkich, zroszonych płatków, które wirowały z wolna, spadając na ich głowy nieustanną wonną kaskadą. A w górze nad nimi i w głębi sennej wody, i wszędzie wokoło wrzała natężona praca podzwrotnikowej natury. Bujna roślinność pławiła się w ciepłym powietrzu przesyconym wonnymi, ostrymi zapachami. Drzewa i liany wydzierały się ku górze, gmatwając się w nierozerwalne sploty, dusiły się w okrutnych uściskach z zapamiętałością i szaleństwem, prąc ku życiodajnemu blaskowi słońca w złowrogiej milczącej walce na śmierć i życie. Zdało się, że wszystkie rośliny, przejęte zgrozą na widok zgnilizny szerzącej się u ich stóp, porwały się do nagłej ucieczki, by ujść rozkładowi i śmierci, z której same wzięły początek.

— Musimy się rozstać — przemówił Dain po długim milczeniu. — Wracaj zaraz do domu, ja poczekam tutaj, aż bryg przypłynie i zabierze mnie po drodze.