Dain ogarnął niepewnym spojrzeniem siną przestrzeń kipiących wód, ujętych hen daleko, na drugim brzegu, czarną wstęgą lasów. Nagle w jaskrawym olśnieniu błyskawicy wpadł mu w oczy niski przylądek z gnącymi się drzewami i domem Almayera. Wizja zamigotała i znikła. Dain odepchnął Babalacziego i rzucił się do łodzi, a za nim pobiegli drżący wioślarze.
Babalaczi wycofał się powoli z werandy i zamknął drzwi za sobą, po czym odwrócił się i spojrzał, milcząc, na Lakambę. Radża siedział bez ruchu, wlepiwszy w stół kamienne spojrzenie. Babalaczi przypatrywał się z ciekawością markotnemu obliczu męża, któremu służył przez tyle lat w złej i dobrej doli. W dzikim i przewrotnym sercu jednookiego statysty rodziło się niezwykłe dlań uczucie sympatii, a może nawet i litości dla człowieka, którego zwał swoim panem. Z bezpiecznego stanowiska poufnego doradcy obejrzał się wstecz w mglistą przeszłość i dojrzał siebie — ot, w razie potrzeby zwykłego zbója — znajdującego przytułek pod dachem Lakamby, w chacie stojącej wśród niewielkiej ryżowej polanki. Był to skromny początek jego kariery. Potem nastał długi okres nieustannego powodzenia, mądrych rad i przebiegłych forteli przeprowadzanych śmiało przez nieustraszonego Lakambę — aż przyszedł wreszcie czas, gdy całe wschodnie wybrzeże od Pulo Laut do Tandjung Batu wsłuchiwało się w mądrość Babalacziego, przemawiającego ustami władcy Sembiru. Ileż niebezpieczeństw udało im się ominąć w ciągu tych długich lat; iluż wrogom stawili mężnie czoło, iluż białych ludzi wywiedli w pole! A teraz Babalaczi spogląda na owoc tylu lat znojnej i żmudnej pracy: oto nieulękły Lakamba drży przed cieniem grożącego mu kłopotu. Władca zaczyna się starzeć. Babalaczi poczuł nieprzyjemne ściskanie w dołku i przyłożył obie dłonie do brzucha, a jednocześnie mignęło mu jasne i smętne zrozumienie faktu, że i on się starzeć zaczyna. Czas zuchwałych czynów przeminął dla nich obu, należy teraz szukać ucieczki w ostrożnych fortelach. Obydwaj pragną spokoju i skłonni są do ustępstw, gotowi nawet poddać się pewnym ograniczeniom, byle tylko odwrócić zagrażające zło — o ile da się to zrobić. Babalaczi westchnął już drugi raz tej nocy, przysiadając znów na piętach u stóp władcy, i pełen milczącego współczucia podał mu swoje pudełeczko z orzechami betelowymi. Siedzieli obaj w niemym, lecz poufnym zbliżeniu ludzi żujących betel; poruszali z wolna szczękami, spluwając delikatnie do szerokiego mosiężnego naczynia, które krążyło między nimi z rąk do rąk, a jednocześnie wsłuchiwali się w przeraźliwy huk zmagających się żywiołów.
— Wylew jest bardzo wielki — zauważył smutno Babalaczi.
— Wiem — odrzekł Lakamba. — Czy Dain odpłynął?
— Tak, tuanie. Rzucił się ku rzece jak człowiek nawiedzony przez samego szejtana86.
I znów nastało długie milczenie.
— Może on utonie? — ozwał się w końcu Lakamba z pewnym zainteresowaniem.
— Rzeka niesie bardzo wiele pni — odrzekł Babalaczi — ale z niego dobry pływak — dodał z wolna.
— Powinien żyć — oświadczył Lakamba. — On wie, gdzie się skarb znajduje.
Babalaczi przytwierdził kwaśnym mruknięciem. Bezskuteczność wysiłków, aby odkryć tajemnicę białego człowieka, stanowiła dotkliwą jego bolączkę; nie potrafił zdobyć żadnych wiadomości ani wskazówek co do sekretnych pokładów złota. Był to jedyny mroczny punkt w świetlanej karierze dyplomatycznej sembirskiego męża stanu.