Wielki spokój nastał teraz po zamęcie burzy. Tylko małe, zapóźnione chmurki, rozpędzone w pościgu za jądrem nawałnicy błyskającym bezgłośnie w oddali, przelatywały górą, śląc na ziemię krótkie, ulewne deszcze, które z kojącym szmerem lekko uderzały o dach z palmowych liści. Lakamba ocknął się z odrętwienia; wyraz jego twarzy świadczył, że opanował wreszcie położenie.
— Babalaczi! — zawołał żwawo i kopnął z lekka wiernego sługę.
— Ada, tuan! Słucham cię, panie.
— Jeśli orang Belanda tu przybędą i wezmą Almayera do Batawii, aby go ukarać za przemycanie prochu, jak myślisz, co on wtedy zrobi?
— Nie wiem, tuanie.
— Głupi jesteś — oświadczył tryumfująco Lakamba. — Powie im, gdzie się skarb znajduje, aby uzyskać przebaczenie. Zrobi tak na pewno.
Babalaczi spojrzał na swojego pana i pokiwał smutno głową nad tą przykrą niespodzianką. Nie przyszło mu to na myśl; nowa komplikacja!
— Almayer musi umrzeć, inaczej tajemnica zostanie zdradzona. Musi umrzeć spokojnie, Babalaczi! To już twoja sprawa.
Babalaczi skinął głową potakująco i powstał ciężko z ziemi.
— Jutro? — zapytał.