Osada jednak żyła, i to nawet bardzo intensywnie. Ocknęła się już o bladym świcie, gdy Mahmat Bandżar w przypływie niesłychanej energii dźwignął się z posłania i wziąwszy siekierę, przestąpił przez postacie swoich dwóch śpiących żon. Drżąc z chłodu, szedł nad brzeg rzeki, aby sprawdzić, czy woda nie porwała domku, który tam zbudował.

Przedsiębiorczy Mahmat umieścił swoją nową chatę na dużej tratwie, przymocowanej bezpiecznie u błotnistego przylądka, przy zbiegu obu ramion Pantai. Wybrał miejsce, gdzie chata była zabezpieczona przed pniami ocierającymi się o przylądek w czasie wylewu. Mahmat szedł przez wilgotną trawę, szczękając zębami, i przeklinał po cichu twarde wymagania codziennego życia, które wyganiały go z ciepłego posłania w chłód poranny. Rzuciwszy okiem, przekonał się, że chata stoi na miejscu. Powinszował sobie przezorności w umieszczeniu jej, bo coraz jaśniejsze światło dnia ukazało mu pogmatwane szczątki drzew, osiadłych na błotnistej mieliźnie, splecione gałęźmi w bezkształtną tratwę. Wir powstały u zbiegu obu ramion rzeki szarpał tą plątaniną gałęzi i kłód, uderzając i trąc je o siebie. Mahmat zszedł aż do wody, aby opatrzyć liny z rotanu, którymi chata była przymocowana. Słońce wysunęło się właśnie zza lasu na przeciwległym brzegu rzeki. Pochylony nad wiązadłami, spojrzał obojętnie na gmatwaninę pni miotających się niespokojnie i dostrzegł widać coś niezwykłego, bo upuścił nagle siekierę i wyprostował się, ocieniając ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Dojrzał jakiś czerwony przedmiot, po którym przewalały się kłody, otaczając go lub też zwierając się nad nim. Zrazu wydało się Mahmatowi, że to kawał czerwonego materiału, ale wnet spostrzegł swoją pomyłkę i podniósł wielki wrzask.

Ah, ja! Tam w wodzie, tam jest człowiek między kłodami! — Przytknął dłonie do ust i krzyczał, zwrócony w stronę osady, wymawiając wyraźnie sylaby. — Tu w wodzie są czyjeś zwłoki! Chodźcie zobaczyć! Jakiś obcy trup!

Kobiety z najbliższego domku krzątały się już na dworze przy rozniecaniu ognisk i łuskały ryż na śniadanie. Ostrymi głosami podjęły wezwanie Mahmata, które przewędrowało całą osadę od chaty do chaty i zamarło w oddali. Mężczyźni, podnieceni wieścią, wypadli z chat, biegnąc w milczeniu ku błotnistemu cyplowi, gdzie nieczułe kłody zwierały się, tarły i przewalały nad nieznajomym trupem z tępą zawziętością właściwą bezdusznym przedmiotom. Za mężczyznami śpieszyły kobiety, zaniedbując domowe obowiązki i lekceważąc sobie skutki takiego postępowania, a na samym końcu biegły z radosnym świergotem gromadki dzieci upojonych nieoczekiwanymi wrażeniami.

Almayer zawołał głośno na żonę i córkę, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. Znieruchomiał, nasłuchując pilnie. Słaby, oddalony gwar tłumu dosięgnął go teraz, świadcząc, że dzieje się coś niezwykłego. Ruszył ku schodom, lecz spojrzawszy ku rzece, wstrzymał się nagle na widok czółenka płynącego od strony osiedla radży. Samotny wioślarz, w którym Almayer rozpoznał niebawem Babalacziego, przeprawił się przez rzekę i płynął teraz ku pomostowi pasmem cichej wody wzdłuż brzegu. Wylazł powoli z czółenka i jął przytwierdzać je z przesadną starannością, jak gdyby pragnął odwlec chwilę spotkania z białym, spoglądającym ku niemu z werandy. Ta zwłoka pozwoliła Almayerowi zauważyć ze zdumieniem urzędowy strój Babalacziego. Sembirski statysta przybrany był odpowiednio do wysokiego stanowiska: jaskrawy sarong w kraty ujmował jego biodra, a z gęstych fałd u pasa sterczała srebrna rękojeść krisa, który oglądał światło dzienne tylko podczas wielkich uczt lub też urzędowych przyjęć. Przez lewe ramię i nagą pierś wiekowego dyplomaty biegł błyszczący, lakierowany pas ze skóry, opatrzony mosiężną tabliczką z herbem Niderlandów i napisem: „Sułtan Sembiru”. Głowa Babalacziego okręcona była czerwonym turbanem, zdobionym frędzlami, spadającymi na lewy policzek i ramię, co nadawało zwiędłej twarzy Malaja pocieszny wyraz zuchowatej wesołości. Przymocowawszy wreszcie czółno należycie, wyprostował się, strzepnął fałdy sarongu i ruszył wielkimi krokami ku domowi, podpierając się wysoką hebanową laską, której złota rękojeść, nasadzona drogocennymi kamieniami, skrzyła się w rannym słońcu. Almayer wyciągnął rękę na prawo w kierunku cypla, niewidocznego z miejsca, w którym stał; z pomostu widać go było jednak dokładnie.

— Babalaczi, hej, Babalaczi! — zawołał. — Cóż się tam dzieje? Czy widzisz?

Babalaczi przystanął i wpatrzył się uważnie w tłum na wybrzeżu. Almayer zobaczył po chwili, że Babalaczi zbacza ze ścieżki, zbiera w garść fałdy sarongu i puszcza się przez mokrą trawę na przełaj ku błotnistemu przylądkowi. Zaintrygowany, zbiegł ze schodów; usłyszał teraz wyraźnie gwar męskich głosów i przenikliwe krzyki kobiece. Znalazłszy się za domem, ujrzał na niskim przylądku ciżbę89 ludzi tłoczącą się naokoło czegoś, co wzbudzało ogólne zaciekawienie. Doszedł go głos Babalacziego; widział, jak tłum rozstąpił się przed nim i pochłonął go z gorączkowym gwarem, wzrastającym stopniowo aż do głośnej wrzawy.

Gdy Almayer był już blisko tłumu, oderwał się od ciżby jakiś człowiek i biegł ku osadzie, nie odpowiadając wcale na jego wołania, aby zatrzymał się i wyjaśnił przyczynę tego poruszenia. Wreszcie Almayer dopadł zbitej gromady, lecz prosił na próżno, aby go przepuszczono; nikt się nie usunął, gdy usiłował przepchnąć się ku brzegowi.

Torował sobie drogę powoli i ostrożnie, gdy nagle wydało mu się, że słyszy głos żony dochodzący z największego tłoku. Nie mylił się, był to rzeczywiście jej krzykliwy głos, lecz słychać go było tak niewyraźnie, że nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Przestał się przepychać i zwrócił się do otaczających, aby zasięgnąć wyjaśnień, gdy wtem ostry i przeciągły krzyk rozdarł powietrze. Ucichła wrzawa, zamilkły głosy ludzi odpowiadających Almayerowi, a on sam skamieniał ze zdumienia i zgrozy: był już pewien, że jego żona zawodzi nad umarłym. Przypomniał sobie nagle zagadkową nieobecność Niny i oszalały z niepokoju o nią rzucił się przed siebie na oślep, a tłum ustępował przed jego wściekłym naporem z okrzykami zdumienia i bólu.

Na wąskim cyplu leżały wydobyte spośród kłód zwłoki nieznajomego, otoczone pierścieniem tłumu. Obok trupa stał Babalaczi; wsparł się brodą o rękojeść laski i wlepił nieporuszenie jedyne oko w bezkształtną masę zdruzgotanych członków, poszarpanego ciała i krwawych łachmanów. Gdy Almayer przebił się wreszcie przez ciżbę struchlałych widzów, żona jego zarzuciła zasłonę na twarz topielca, przykucnęła obok zwłok i zawyła ponuro po raz drugi, budząc dreszcz przerażenia w oniemiałym tłumie. Ociekający wodą Mahmat zwrócił się do Almayera, żądny powtórzyć swoje opowiadanie.