Gdy minął poryw przerażenia i rozpaczy, Almayer uległ tak silnej reakcji, że blask słońca śćmił mu się w oczach; przestał rozumieć, co mówią koło niego. Kiedy potężnym wysiłkiem woli odzyskał panowanie nad sobą, usłyszał słowa Mahmata:
— To było tak, tuanie. Sarong zaczepiony był o złamaną gałąź, a on wisiał z głową zanurzoną w wodzie. Kiedy rozpoznałem, co to jest, chciałem się tego pozbyć. Chciałem go wyciągnąć spomiędzy kłód i puścić z prądem. Dlaczego mamy grzebać obcego człowieka pośród chat, aby duch jego straszył nasze żony i dzieci? Czy nie dosyć duchów tu się już wałęsa?
Potakujący gwar rozległ się w tłumie i zgłuszył opowiadanie. Mahmat spojrzał z wyrzutem na Babalacziego.
— Ale tuan Babalaczi kazał mi wyciągnąć zwłoki na brzeg — mówił dalej, zwrócony do Almayera, wodząc oczami po słuchaczach — i wyciągnąłem go za nogi; przywlokłem go tutaj przez błoto, choć serce moje pragnęło widzieć, jak popłynie w dół rzeki. Byłby może wylądował na polance Bulangiego... Oby grób jego ojca został pohańbiony!
Stłumione śmiechy zabrzmiały z kilku stron, gdyż nieprzyjaźń Mahmata i Bulangiego była faktem powszechnie znanym i stanowiła niewyczerpany przedmiot zainteresowania dla mieszkańców Sembiru. Wśród ogólnej wesołości rozległ się znowu lament pani Almayer.
— Allahu! Cóż się stało tej kobiecie! — wykrzyknął gniewnie Mahmat. — Dotknąłem ścierwa, które nie wiadomo skąd tu się przyplątało, i pokalałem się przed spożyciem ryżu. I to wszystko na rozkaz tuana Babalacziego, aby przypodobać się białemu człowiekowi. Czy jesteś zadowolony, tuanie Almayer? A co ja będę miał za to? Tuan Babalaczi powiedział, że dostanę jakąś nagrodę — i to od ciebie, tuanie. Pomyśl tylko! Zostałem pokalany przez tego trupa, a przy tym mógł na mnie paść urok. Spójrz na te złote obręcze! Kto kiedy widział, żeby trup zjawiał się się nocą wśród pni z takimi kółkami na nogach! To są czary. Jednakże — dodał Mahmat po chwili zastanowienia — wezmę sobie te kółka, jeśli można, bo mam czarodziejski środek na duchy i nie boję się ich. Bóg jest wielki!
Nowy wybuch hałaśliwego lamentu pani Almayer przerwał Mahmatowi. Zmieszany Almayer popatrzył kolejno na żonę, Mahmata, Babalacziego i wreszcie jak urzeczony zatrzymał wzrok na zwłokach, które leżały w błocie z zakrytą twarzą. Zmiażdżone członki powyginały się dziwacznie, a jedna z rąk, wykręcona i pogruchotana, wyciągnięta była w bok; w kilku miejscach sterczały z niej białe kości przez poszarpane ciało. Rozpostarte palce tej ręki dotykały prawie nogi Almayera.
— Czy wiesz, kto to taki? — zapytał cicho Babalacziego.
Babalaczi poruszył z lekka wargami, ale hałaśliwy lament pani Almayer zgłuszył szept jego odpowiedzi, przeznaczonej tylko dla uszu Almayera.
— Tak chciało przeznaczenie. Spójrz do swoich stóp, biały człowieku. Widzę na tych poszarpanych palcach pierścień, który znasz dobrze.