— Skąd wiesz, że to on? — krzyknął gorączkowo Almayer. Odepchnął żonę, zerwał nakrycie i wpatrzył się w bezkształtną miazgę ciała, włosów i schnącego błota leżącą na miejscu, gdzie była twarz topielca.
— Nikt nie rozpozna — dodał i wzdrygnął się ze zgrozą.
Tymczasem Babalaczi ukląkł, obcierając z błota palce wyciągniętej ręki. Powstał i błysnął przed oczami Almayera złotym pierścieniem o wielkim, zielonym kamieniu.
— Znasz dobrze ten pierścień — rzekł — nie schodził on nigdy z ręki Daina. Musiałem poszarpać palec, aby go zdjąć. Czy mi teraz wierzysz?
Almayer podniósł ręce do głowy i opuścił je bezwładnie w przystępie ostatecznej rozpaczy. Babalaczi przyglądał mu się ciekawie i zobaczył ze zdumieniem uśmiech na jego twarzy. Dziwne urojenie opanowało mózg Almayera, zmącony tym nowym ciosem. Przywidziało mu się, że przez wiele lat spadał w głęboką przepaść. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu spadał nieustannie; była to gładka, krągła, mroczna przepaść, której czarne ściany sunęły w górę z nużącą szybkością. Zdawało mu się, że słyszy jeszcze odgłos tego zawrotnego spadania. Nagle doznał straszliwego wstrząsu: runął na dno i — o dziwo! — oto jest żywy i cały, a Dain leży martwy z pogruchotanymi kośćmi. Uderzyło go to jako rzecz zabawna. Nieżywy Malaj; tak wielu nieżywych Malajów oglądał bez najmniejszego wzruszenia — a teraz czuje, że płacz go chwyta za gardło, ale nie nad Malajem; żal mu białego człowieka, który spadł w głęboką przepaść, a nie zabił się. Wydało mu się, że stoi tak jakby z boku, w pewnym oddaleniu — i przygląda się niejakiemu Almayerowi, który jest w bardzo ciężkich opałach. Biedny, biedny człowiek! Dlaczego nie poderżnie sobie gardła? Chciałby zachęcić go do tego i ujrzeć, jak Almayer padnie martwy na trupa Daina. Dlaczego nie umiera, aby położyć kres męce? Jęknął mimo woli i zląkł się swojego głosu. Czy ogarnia go szaleństwo? W najwyższym przerażeniu rzucił się ku domowi, powtarzając ciągle: „Ja nie zwariowałem! Nie, nie — naturalnie, że nie!” Starał się przyswoić sobie dokładnie tę myśl. „Nie jestem wariatem, nie jestem wariatem!” Potknął się, wbiegając na oślep na schody i coraz prędzej powtarzał te słowa, w których zdawał się widzieć ratunek. Zobaczył przed sobą Ninę i chciał jej coś powiedzieć, ale nie mógł sobie przypomnieć co; pochłonął go szalony wysiłek, aby nie stracić ani na chwilę świadomości, że nie jest wariatem. Powtarzał wciąż to samo, biegając naokoło stołu, aż potknął się wreszcie o fotel i padł nań wyczerpany. Utkwił dziki wzrok w Ninie, wciąż zapewniając siebie po cichu, że jest przy zdrowych zmysłach, i zdziwił się, że dziewczyna cofa się przed nim z przestrachem w oczach. Cóż jej się stało? Co za głupota! Walnął pięścią w stół i krzyknął ochrypłym głosem: „Dżinu! Prędko!”. Nina wybiegła, a on siedział w fotelu cicho i spokojnie, zdziwiony hałasem, jaki wywołał.
Wróciła ze szklanką nalaną do połowy ginem. Zastała ojca wpatrzonego bezmyślnie przed siebie; czuł się teraz bardzo zmęczony — jak po powrocie z długiej podróży. Miał wrażenie, że uszedł tego ranka wiele kilometrów, i spragniony był wypoczynku. Wziął szklankę trzęsącą się ręką i zaczął pić, dzwoniąc zębami o szkło; wysączywszy gin do ostatniej kropli, stuknął ciężko szklanką o stół. Podniósł z wolna oczy na Ninę stojącą obok niego i rzekł spokojnym głosem:
— Wszystko przepadło, Nino. On nie żyje, a ja mogę popalić moje łodzie.
Czuł się dumny, że jest w stanie mówić tak spokojnie. Najwidoczniej obłąkanie już mu nie grozi; ta pewność jest bardzo kojąca. Opowiedział o znalezieniu zwłok, przysłuchując się z upodobaniem własnemu głosowi. Nina stała spokojnie z ręką opartą lekko o ramię ojca. Twarz jej była nieporuszona, lecz i rysy, i cała postawa wyrażały natężoną, trwożną uwagę.
— Więc Dain nie żyje — odezwała się chłodno, gdy zamilkł głos ojca.
Sztuczny spokój Almayera ustąpił w mgnieniu oka gwałtownemu wybuchowi oburzenia.