— Stoisz przede mną jak słup — krzyknął gniewnie — i mówisz tak, jakby to była fraszka. Tak, Dain nie żyje! Czy rozumiesz? Nie żyje! Cóż to cię obchodzi! Nigdy o mnie nie dbałaś; patrzyłaś obojętnie, jak wysilam się, haruję i walczę; nigdy nie widziałaś moich cierpień, nigdy! Nie masz serca i nie masz duszy, bo inaczej byłabyś zrozumiała, że pracowałem tylko dla ciebie, dla twojego szczęścia! Chciałem być bogaty, chciałem się stąd wydostać, chciałem widzieć, jak biali ludzie będą się gięli nisko przed potęgą twojej piękności i twojego bogactwa. Choć jestem stary, pragnąłem znaleźć się w obcym kraju, wśród obcej cywilizacji i rozpocząć nowe życie, aby napatrzyć się twojemu powodzeniu, twoim tryumfom, twojemu szczęściu. Tylko dlatego dźwigałem cierpliwie brzemię pracy, zawodów i upokorzeń wśród tych dzikich. I już miałem szczęście prawie że w ręku!
Spojrzał na uważną twarz córki i zerwał się, przewracając fotel.
-– Słyszysz? Miałem szczęście pod ręką — o, tak tylko sięgnąć! — Zamilkł, usiłując poskromić rosnący gniew, ale nie potrafił się opanować.
— Czy ty nic nie czujesz? — ciągnął. — Czy nie wiesz, co to nadzieja? — Milczenie Niny rozjątrzało go; podnosił głos coraz bardziej, choć starał się wciąż zapanować nad sobą.
— Czy miło ci żyć wśród nędzy i oczekiwać na śmierć w tej nikczemnej dziurze? Nino, odezwijże się! Czy nie ma w tobie litości? Czy nie znajdziesz ani słowa pociechy? A ja cię tak kochałem!
Czekał przez chwilę i nie słysząc odpowiedzi, potrząsnął pięścią przed oczami córki.
— Widzę, że jesteś idiotką! — wrzasnął.
Poszukał wzrokiem fotela, podniósł go i siadł sztywno. Gniew jego wygasł; zawstydzony był swoim wybuchem, ale przyniosła mu ulgę świadomość, że odsłonił przed córką istotną treść swego życia. Myślał tak w najlepszej wierze i łudził się co do pobudek swojego postępowania, nie zdając sobie sprawy, jak dalece drogi jego są zawiłe, cel nierealny, a żale jałowe. Wielka, tkliwa miłość do córki przepełniała mu serce. Chciał widzieć ją nieszczęśliwą, aby cierpieć z nią razem, ale pragnął tego w sposób właściwy naturom słabym, które tęsknią za współczuciem i narzucają swoje cierpienia ludziom najzupełniej wobec nich niewinnym. Gdyby Nina cierpiała, zrozumiałaby go i współczułaby mu, a tymczasem ona nie chce czy nie może znaleźć ani słowa pociechy i miłości wobec jego strasznej niedoli. Poczucie zupełnego osamotnienia owładnęło Almayerem z taką siłą, że dreszcz nim wstrząsnął. Zachwiał się i padł twarzą na stół z wyciągniętymi sztywno rękami. Nina przysunęła się szybko do ojca i patrzyła na siwą głowę, na szerokie barki drgające konwulsyjnie pod wpływem uczuć, które znalazły wreszcie ujście we łzach i łkaniu.
Odeszła od stołu z głębokim westchnieniem. Rysy jej straciły pozór kamiennej obojętności, który doprowadził Almayera do wybuchu gniewu i żalu; wyraz jej twarzy uległ teraz, gdy ojciec na nią nie patrzył, nagłej zmianie. Gdy błagał ją o współczucie, o słowo pociechy, słuchała z pozorną obojętnością, choć w sercu jej zmagały się sprzeczne porywy; wstrząsnęły nią wypadki, których nie przewidziała, a w każdym razie nie spodziewała się, że nastąpią tak prędko. Poruszona była do głębi rozpaczą Almayera; wiedząc, że może zapobiec jego męce jednym jedynym słowem, gorąco pragnęła je wypowiedzieć, a jednocześnie słyszała ze zgrozą głos przemożnej miłości nakazujący jej milczenie. Poddała się po krótkiej i dzikiej walce, stoczonej przez dawne „ja” z nowymi prawami jej życia. Uzbroiła się w zupełne milczenie, jedyną tarczę przeciw jakiejś zgubnej słabości. Nie ufała sobie tak dalece, że bała się wyszeptać słowo lub uczynić najlżejszy ruch, aby nie powiedzieć za wiele; i właśnie ta gwałtowność uczuć szalejących w najtajniejszych głębiach duszy pozornie obróciła ją w kamień. Tylko rozdęte nozdrza i pałające oczy świadczyły o miotającej nią burzy, lecz Almayer nie dostrzegł wzruszenia córki, bo wzrok jego był zmącony przez rozpamiętywanie swej niedoli, gniew i rozpacz.
Gdyby był spojrzał na Ninę wspartą teraz o poręcz werandy, zobaczyłby, że obojętność ustępuje z jej twarzy; głęboki ból odmalował się w jej oczach, a cudownie piękne rysy ściągnął wyraz czujnego niepokoju. Wysoka trawa porastająca zapuszczone podwórze stała przed Niną, wyprężona w żarze południa. Od strony rzeki zbliżały się głosy i szelest bosych nóg; słychać było, jak Babalaczi daje wskazówki ludziom Almayera. Wreszcie zza węgła ukazał się szczupły korowód ze zwłokami topielca; pani Almayer otwierała pochód, głośno zawodząc, a Babalaczi szedł obok zwłok i niósł w ręku kółko zdjęte z nogi trupa. Mahmat trzymał się nieśmiało w tyle, w nadziei, że nie minie go obiecana nagroda.