— Złóżcie go tutaj — rzekł Babalaczi do ludzi Almayera, wskazując na stos desek suszących się przed werandą. — Złóżcie go tutaj. Był kafirem90 i synem psa, i przyjacielem białego człowieka. On pił mocną wodę białego człowieka — dodał z udanym wstrętem. — Sam to widziałem.

Niewolnicy złożyli pogruchotane zwłoki na dwóch zsuniętych deskach; pani Almayer nakryła je kawałem białego płótna i poszeptawszy czas jakiś z Babalaczim, odeszła do zajęć domowych. Ludzie Almayera rozproszyli się w poszukiwaniu cienistych zakątków, gdzieby mogli dzień cały przepróżniaczyć. Babalaczi pozostał sam przy trupie, który leżał sztywny pod białym płótnem w jaskrawym blasku słońca.

Nina zeszła ze schodów i zbliżyła się do Babalacziego; sembirski dyplomata podniósł rękę do czoła i przykucnął z wielkim szacunkiem.

— Przyniosłeś złotą obręcz — rzekła Nina, spoglądając na zadartą twarz Babalacziego i samotne jego oko.

— Przyniosłem, mem putih — potwierdził ugrzeczniony mąż stanu i zwróciwszy się do Mahmata, kiwnął na niego, wołając:

— Chodź no tu bliżej!

Mahmat zbliżył się z pewnym wahaniem. Starał się nie patrzeć na Ninę, lecz utkwił wzrok w Babalaczim.

— A teraz słuchaj — rzekł ostro Babalaczi. — Widziałeś pierścień i bransoletę i wiesz, że nie należą do nikogo innego, tylko do kupca Daina. Dain przyjechał wczoraj łódką późnym wieczorem. Po rozmowie z radżą opuścił nas w nocy, aby przeprawić się do domu białego człowieka. Woda była bardzo wielka — i dziś rano znalazłeś go w rzece.

— Wyciągnąłem go za nogi — mruknął po cichu Mahmat. — Tuanie Babalaczi, a moja nagroda! — wykrzyknął głośno.

Babalaczi podniósł złotą bransoletę do oczu Mahmata.