Otóż to — odkrył rzekę! Ten fakt właśnie wynosił Lingarda tak wysoko nad pospolity tłum morskich awanturników, którzy za dnia handlowali z Hudigiem, a noce spędzali na piciu szampana, szulerce, śpiewaniu krzykliwych piosnek i na umizgach do dziewcząt krwi mieszanej pod dachem obszernej werandy hotelu „Sunda”. Dostęp do owej rzeki znany był jedynie samemu Lingardowi. Wyruszając w drogę, zabierał doborowy ładunek bawełnianych tkanin, mosiężnych gongów, strzelb i prochu. „Błyskawica”, bryg14 jego, którym sam dowodził, znikała nieznacznie15 nocą z przystani, podczas gdy kamraci Lingarda odsypiali skutki nocnej orgii. Zostawiał ich pijanych pod stołem i wracał na pokład; sam zaś, nawet pijąc bez miary, nigdy przytomności nie tracił. Niejeden usiłował go wytropić i dostać się do tego kraju obfitości bogatego w gutaperkę16 i rotan, wosk i damarę17, perłowe konchy i ptasie gniazda, ale niewielka „Błyskawica” umiała prześcignąć każdy statek na tych wodach. Kilku śmiałków natknęło się na ukryte mielizny i rafy koralowe; tracąc całe mienie, ledwie z życiem ujść zdołali z okrutnych objęć tego morza, uśmiechającego się słonecznie. Zniechęciło to innych. Zielone wyspy o niewinnym wyglądzie, stróżujące u wejścia do ziemi obiecanej, przechowały swoją tajemnicę przez długie lata z bezlitosną pogodą natury podzwrotnikowej. A Lingard po dawnemu zjawiał się i znikał w ciągu swoich wycieczek jawnych czy ukrytych. Śmiałość jego ryzykownych wypraw i olbrzymie dochody opromieniały go bohaterstwem w oczach Almayera, który z najgłębszym podziwem zwykł był patrzeć, gdy wielki człowiek szedł przez halę, mrucząc mimochodem „dzień dobry” do Vincka albo witając władcę Hudiga gromkim wykrzykiem: „Jak się masz, stary korsarzu! Cóż, żyjesz jeszcze?”. Był to zwykły wstęp do transakcji handlowych za zielonymi drzwiami. Wieczorem, gdy cisza zaległa opustoszałą halę, Almayer porządkował papiery przed powrotem do domu w towarzystwie Vincka, u którego mieszkał. Przerywał wówczas często swoje zajęcie, przysłuchując się hałaśliwym i gorącym rozprawom w prywatnym biurze, skąd dochodził głęboki, monotonny pomruk władcy, przerywany gwałtownymi okrzykami Lingarda — dwóch brytanów walczących o kość pełną szpiku. Lecz w uszach Almayera brzmiało to jak tytaniczna zwada, jak walka bogów.

Mniej więcej w rok potem Lingard zapałał nagle dość niewytłumaczoną dla ludzi postronnych sympatią do Almayera, z którym stykał się często z powodu interesów. Wychwalał go pod niebiosa przed kamratami, gdy późno w nocy siedzieli przy kieliszku w hotelu „Sunda”, a pewnego pięknego poranku zelektryzował Vincka oświadczeniem, że musi „zabrać z sobą tego smyka. Będzie załatwiał za mnie wszystkie gryzmoły — coś w rodzaju sekretarza”. Hudig przystał na to. Przejęty młodzieńczą żądzą zmiany, Almayer zgodził się chętnie i spakowawszy swoje manatki, puścił się na pokładzie „Błyskawicy” w długą podróż. W czasie takiego objazdu stary żeglarz odwiedzał zwykle wszystkie wyspy Archipelagu. Mijały miesiące, a przyjaźń Lingarda zdawała się wzrastać. Przechadzał się często z Almayerem po pokładzie brygu, który sunął lekko pod spokojnym, wyiskrzonym niebem, pędzony łagodnie przez nikły powiew nocny, niosący od strony wysp silne aromaty. Stary żeglarz lubił wtedy otwierać serce przed zachwyconym słuchaczem. Mówił o swojej przeszłości, o niebezpieczeństwach, których uniknął, o wielkich dochodach płynących z jego transakcji handlowych, o nowych planach, które w przyszłości miały przynieść jeszcze większe zyski. Wspominał często swoją córkę, dziewczynkę znalezioną na statku korsarskim, i mówił o niej z dziwnym porywem ojcowskiej tkliwości. „Wyrosła pewnie na dużą dziewczynę, cztery lata prawie jej nie widziałem! No, Almayer, niech mnie diabli porwą, jeśli nie znajdziemy się tym razem w Surabai!”. Po takim oświadczeniu dawał zwykle nurka do swojej kabiny, mrucząc pod nosem: „Trzeba coś z tym zrobić... trzeba koniecznie!”. Zadziwił Almayera kilkakrotnie swoim zachowaniem: podchodził szybko do niego, chrząkał potężnie, jakby chcąc coś powiedzieć, a potem nagle zawracał na pięcie i opierał się, milcząc, o parapet; godzinami całymi śledził bez ruchu blask i iskrzenie się fosforyzujących fal wzdłuż statku. Ostatniej nocy, przed samym przybyciem do Surabai, jedna z takich prób zwierzeń udała się nareszcie. Odchrząknąwszy kilkakrotnie, Lingard przemówił, odsłaniając swój zamiar. Oto chciał ożenić Almayera ze swoją przybraną córką. „Tylko mi się nie stawiaj, dlatego żeś biały! — wybuchnął nagle, nie dając przyjść do słowa zdumionemu młodzieńcowi. — Ze mną to się na nic nie zda. Nikt nie zauważy, jaką twoja żona ma skórę — od czegóż dolary! Ja ci to mówię! I zapamiętaj sobie, będzie ich grubo więcej jeszcze, zanim umrę. Miliony, słyszysz, Kasprze? Miliony! A wszystko dla niej i dla ciebie, jeżeli zrobisz, co ci każę”.

Zaskoczony tą nieoczekiwaną propozycją, Almayer zawahał się i zamilkł na chwilę. Wyobraźnię miał bujną i ruchliwą; w mgnieniu oka ujrzał — niby w błysku olśniewającego światła — ogromne stosy błyszczących guldenów i uświadomił sobie wszelkie rozkosze płynące z bogactwa. Ogólne uznanie, błogość bezczynnej egzystencji, do której czuł się wprost stworzony, własne okręty, domy handlowe, towary (stary Lingard nie będzie przecież żył wiecznie) — a wreszcie korona wszystkich marzeń: w dalszej przyszłości — niby czarodziejski pałac z bajki — wielki dom w Amsterdamie, tym ziemskim raju jego snów. Wyniesiony na mocarza przez pieniądze starego Lingarda, spędzi tam koniec życia w niewypowiedzianej wspaniałości. Co do odwrotnej strony medalu — związania się na całe życie z malajską dziewczyną — tym spadkiem po korsarskim statku — miał tylko niejasną świadomość wstydu, że on, człowiek biały... No ale czteroletnie wychowanie w klasztorze coś przecież znaczy! A potem — noże ją los jakoś uprzątnie. Szczęście sprzyjało mu zawsze, a pieniądz to potęga! Trzeba przejść przez to. A może?... Mignęła mu niejasna myśl, aby ją gdziekolwiek zamknąć, usunąć poza ramy jego wspaniałej przyszłości. Z malajską dziewczyną łatwo sobie poradzi — klasztor nie klasztor, ślub nie ślub — ostatecznie to niewolnica według jego wschodnich pojęć.

Podniósł głowę i spojrzał w oczy żeglarzowi, który czekał, rozdrażniony i niespokojny:

— Ja, naturalnie, wszystko, czego pan sobie życzy, kapitanie Lingard...

— Nazywaj mnie ojcem, mój chłopcze, tak jak ona! — rozczulił się stary awanturnik. — Do diabła, myślałem, że chcesz odmówić! Widzisz, Kasprze, to by się i tak na nic nie przydało, bo ja zawsze dopnę swego. Ale ty nie jesteś głupi!

Pamiętał dobrze tę chwilę: spojrzenie, wyraz twarzy Lingarda, jego słowa, wrażenie, jakiego doznał, a nawet wszystko, co ich otaczało. Pamiętał wąski, pochyły pokład brygu, śpiące cicho wybrzeże i gładką, czarną powierzchnię morza, na której wschodzący księżyc kładł wielką sztabę złota. Pamiętał także uczucie szalonego uniesienia na myśl o cisnących mu się do rąk bogactwach. Nie był głupi ani wtedy, ani dzisiaj. Los zawziął się na niego; przepadły bogactwa, ale została jeszcze nadzieja.

Nocne powietrze przejęło go dreszczem; uświadomił sobie nagle głęboką ciemność, która po zniknięciu słońca zawisła nad rzeką, chłonąc zarysy przeciwległego brzegu. Tylko stos suchych gałęzi zapalony przed ostrokołem otaczającym podwórzec radży oświetlał raz po raz chropawe pnie najbliższych drzew i rzucał na wodę plamę gorącej czerwieni aż po sam środek rzeki, gdzie w nieprzeniknionym mroku mknęły śpiesznie ku morzu kłody unoszone wartkim prądem. Jak przez mgłę przypomniał się Almayerowi głos żony nawołujący go kilkakrotnie — pewno na obiad. Ale człowiek, który rozpamiętywa bankructwo swojej przeszłości w brzasku wskrzeszonych nadziei, nie może być głodny na zawołanie tylko dlatego, że ryż czeka na stole. Czas jednak do domu — późno już.

Skierował się ku drabinie, stąpając ostrożnie po luźnych deskach. Spłoszona krokami jaszczurka pisnęła żałośnie i pomknęła przez wysoką trawę porastającą brzegi. Almayer zszedł powoli z drabiny; musiał skupić całą uwagę, aby nie potknąć się na nierównym gruncie, i to go zupełnie otrzeźwiło. Kamienie, zgniłe deski, niedopiłowane belki leżały tu stosami w najwyższym nieładzie. Zwrócił się w stronę tak zwanego „starego domu”, gdzie było jego mieszkanie, i w tej chwili właśnie usłyszał w ciemnościach daleki plusk wioseł. Przystanął na ścieżce, zdumiony, że ktoś płynie wezbraną rzeką o tak późnej godzinie. Teraz słyszał już wyraźnie uderzenia wioseł, a nawet kilka słów zamienionych śpiesznie przyciszonym głosem i ciężki oddech ludzi walczących z prądem tuż przy brzegu, gdzie się zatrzymał. Za ciemno było jednak, aby mógł rozróżnić cośkolwiek pod zwisającymi krzakami.

— Pewno Arabowie — mruknął, starając się przeniknąć gęste ciemności. — Co oni tu robią tak późno? To muszą być sprawki tego przeklętego Abdulli, oby sczezł marnie!