Łódka była już bardzo blisko.
— Oh, ja!18 Kto tam? — krzyknął Almayer.
Szmer głosów przycichł, lecz wiosła pracowały równie gwałtownie jak przedtem. Wtem zatrząsł się krzak tuż przed Almayerem i łoskot wioseł rzuconych na dno łodzi rozdarł cichość nocy. Wioślarz uchwycił się zwisających gałęzi, lecz mimo to Almayer zaledwie mógł rozeznać ciemny zarys głowy i ramion wystający nad brzegiem.
— Czy to ty, Abdullo? — spytał niepewnie.
Poważny głos odpowiedział:
— Tuan19 Almayer mówi do przyjaciela. Nie ma tu żadnego Araba.
Almayerowi serce targnęło się w piersi.
— Dain! — krzyknął. — Nareszcie! Nareszcie! Wyczekiwałem cię co dnia i co nocy! Straciłem już prawie nadzieję!
— Nic nie mogłoby wstrzymać mnie od powrotu — odparł tamten niemal gwałtownie. — Nawet śmierć — szepnął do siebie.
— Tak mówi przyjaciel, prawdziwy przyjaciel! — zawołał serdecznie Almayer. — Ale popłynęliście za daleko. Każ przybić do przystani, niech twoi ludzie ugotują sobie ryżu w kampungu20, a my przez ten czas porozmawiamy.