Nie było odpowiedzi na to zapytanie.
— Cóż to znaczy? — spytał niespokojnie Almayer. — Mam nadzieję, że brygowi nic się nie stało?
— Bryg znajduje się tam, gdzie żaden orang Belanda21 nie może go dosięgnąć — rzekł Dain ponuro, lecz Almayer, uniesiony radością, nie zauważył jego tonu.
— To dobrze. Ale gdzież wszyscy twoi ludzie? Dwóch tylko masz z sobą.
— Posłuchaj mnie, tuanie Almayer — rzekł Dain. — Jutrzejsze słońce ujrzy mnie w twoim domu i będziemy wtedy rozmawiali, ale teraz muszę jechać do radży22.
— Do radży? Dlaczego? Czegóż chcesz od Lakamby?
— Tuanie, pomówimy jutro jak przyjaciele. Muszę widzieć Lakambę jeszcze dziś w nocy.
— Dainie, ty nie opuścisz mnie teraz, kiedy wszystko już gotowe! — zawołał Almayer błagalnym tonem.
— Czyż nie powróciłem? Ale muszę się widzieć z Lakambą, dla mojego i twojego dobra.
Ciemny zarys głowy znikł nagle znad brzegu. Krzew, uwolniony z rąk wioślarza, odgiął się wstecz z szelestem, opryskując deszczem błotnistych kropel Almayera, który pochylił się naprzód, aby dojrzeć cośkolwiek.