Po chwili łódź znalazła się w smudze światła padającego na rzekę od wielkiego ogniska na przeciwległym brzegu. Można było teraz rozróżnić sylwetki dwóch ludzi pochylonych nad wiosłami; trzeci zaś, wymachujący wiosłem u steru, wyglądał w olbrzymim, płaskim kapeluszu jak grzyb fantastycznej wielkości.

Almayer śledził łódź, póki nie znikła za smugą światła. Wkrótce gwar wielu głosów dosięgnął go przez rzekę. Widział, jak wyciągano z ogniska płonące głownie23, które oświetliły na chwilę wrota w ostrokole i tłoczących się łudzi. Po chwili weszli widocznie do środka, gdyż pochodnie znikły, a rozproszony ogień świecił przyćmionym i dorywczym blaskiem.

Ruszył wielkimi krokami ku domowi, pełen nieokreślonej troski. Niemożliwe, aby Dain knuł coś przeciw niemu; to przypuszczenie było bez sensu. I Dainowi, i Lakambie zanadto zależało na pomyślnym przeprowadzeniu planu obmyślonego przez Almayera. Wprawdzie Malajom zbytnio wierzyć nie można, ale przecież i oni mają jakiś zdrowy rozsądek i zrozumienie własnego interesu. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze. Doszedłszy do tego wniosku, znalazł się u stóp schodów prowadzących na werandę. Z nisko położonego miejsca, gdzie stał, mógł widzieć oba ramiona rzeki. Główna odnoga Pantai gubiła się w ciemnościach, gdyż ogień pod ostrokołem radży już wygasł, natomiast w górę ku Sembirowi można było rozróżnić długi szereg chat malajskich skupionych przy brzegu; gdzieniegdzie migotało przyćmione światełko przez bambusową ścianę lub też paliły się dymiące pochodnie na pomostach nad wodą. Jeszcze dalej, tam gdzie wyspa przechodziła w płaską skałę, piętrzyła się nad chatami ciemna masa budynków; ożywiały ją liczne światła o białym, silnym blasku pochodzącym widocznie od lamp naftowych. Była to posiadłość Abdulli ben Selima, najbogatszego kupca w Sembirze. Wśród wolnej przestrzeni stał jego dom, zbudowany trwale na skalistym podłożu i otoczony składami towarów. Dla Almayera był to widok nienawistny. Wyciągnął ściśniętą pięść ku budynkom, które z wyżyn swego dobrobytu zdawały się spoglądać ku niemu zimno i wyzywająco, naigrawając się z jego upadku.

Zaczął wstępować powoli na schody swojego domu.

W pośrodku werandy stał okrągły stół, a na nim lampa bez klosza rzucała jaskrawy blask na trzy ściany. Czwarta strona werandy, otwarta, wychodziła na rzekę. Między grubo ociosanymi słupami podtrzymującymi wysoki spadzisty dach wisiały podarte zasłony z rotanu. Sufitu nie było wcale; ostre światło lampy przechodziło u góry w łagodny półcień, a jeszcze wyżej krokwie ginęły w zupełnym mroku. Środkową ścianę przecinała czerwona firanka zasłaniająca wyjście na korytarz, który łączył się drzwiami z pokojem kobiet i prowadził dalej do szopy kuchennej i podwórza. W jednej z bocznych ścian były drzwi z na wpół zatartym napisem: „Biuro: Lingard i Sp.”; pokryte warstwą kurzu wyglądały, jakby ich przez wiele lat nikt nie otwierał. Pod przeciwległą ścianą stał bujający fotel z giętego drzewa, zaś naokoło stołu i dalej, rozrzucone po werandzie, błąkały się cztery drewniane fotele, niby wstydząc się marnego otoczenia. Stos mat leżał w kącie; nad nimi wisiał ukośnie stary hamak. W drugim rogu spał na podłodze Malaj zwinięty w kłębek, z głową obwiązaną szmatą z czerwonego perkalu24. Był to jeden z domowych niewolników Almayera, jego „własnych ludzi”, jak ich nazywał. Liczne i świetne grono ciem pląsało zapamiętale naokoło lampy w takt skocznej przygrywki moskitów unoszących się rojami. Pod strzechą z palmowych liści jaszczurki biegały po belkach, nawołując się łagodnie. Małpka, uwiązana na łańcuchu u jednego ze słupów podpierających werandę, wyjrzała zza okapu, gdzie była jej nocna kryjówka; strojąc przyjazne miny do Almayera, zawisła na pręcie bambusowym sterczącym ze strzechy i strząsnęła obfity deszcz kurzu i okruchów zeschłych liści, które osiadły na odrapanym stole. Jakieś zwiędłe rośliny leżały na nierównej podłodze pokrytej zeschłym błotem. Zaniedbanie i niechlujstwo wyzierały z każdego kąta. [Wielkie, czerwone plamy na podłodze i ścianach świadczyły o częstym żuciu betelu25.] Od rzeki szedł lekki powiew i kołysał łagodnie postrzępione zasłony, niosąc z przeciwległych lasów nikły, mdły zapach jakby przekwitłych kwiatów.

Podłoga werandy zaskrzypiała głośno pod ciężkimi krokami Almayera. Śpiący w kącie Malaj poruszył się niespokojnie, mrucząc jakieś niewyraźne słowa. Coś zaszeleściło za firanką zakrywającą drzwi i łagodny głos spytał po malajsku: „Czy to ty, ojcze?”

— To ja, Nino. Głodny jestem. Czy wszyscy już śpią w tym domu? — rzekł wesoło Almayer i z westchnieniem ulgi osunął się na fotel stojący najbliżej stołu.

Nina Almayer ukazała się w przejściu zasłoniętym firanką, a za nią weszła stara kobieta malajska i zakrzątnęła się koło stołu: ustawiła półmisek z ryżem i rybami, dzban z wodą i pół butelki jałowcówki. Umieściwszy troskliwie przed swym panem pękniętą szklankę i łyżkę cynową, oddaliła się bez szelestu. Nina stała oparta o brzeg stołu, z ręką opuszczoną bezwolnie wzdłuż ciała. Wyraz niecierpliwego oczekiwania malował się na jej twarzy, zwróconej ku ciemnościom, skroś26 których jej marzące oczy zdawały się dostrzegać jakiś czarowny obraz. Wzrostu wysokiego jak na dziewczynę krwi mieszanej, miała regularny profil ojca, jednak zmieniony i bardziej zdecydowany dzięki kwadratowemu zarysowi podbródka odziedziczonego po przodkach matki, korsarzach z plemienia Sulu. Stanowczy łuk ust i błysk białych zębów między rozchylonymi wargami nadawały pewien odcień dzikości niecierpliwemu wyrazowi jej twarzy. A jednak prześliczne, ciemne jej oczy jaśniały tkliwą słodyczą właściwą kobietom malajskim, lecz ożywioną promieniem wyższej inteligencji. Oczy te spoglądały poważnie, szeroko rozwarte i nieruchome, jakby zapatrzone w coś niewidzialnego dla wszystkich innych oczu, gdy stała tak, cała w bieli, prosta i gibka, nieświadoma swojego czaru. Nad niskim, szerokim jej czołem lśnił przepych czarnych włosów, które w ciężkich splotach spływały na barki, potęgując jeszcze oliwkową bladość cery w czarnym jak węgiel obramowaniu.

Almayer zabrał się chciwie do ryżu, ale już po paru łykach przerwał jedzenie i z łyżką w ręku spojrzał ciekawie na córkę.

— Czy słyszałaś, jak przejeżdżała tędy łódź z pół godziny temu? — zapytał.