Dziewczyna szybko rzuciła na niego wzrokiem i odwróciła się od stołu, stając tyłem do światła.

— Nie — odpowiedziała powoli.

— Łódź przejeżdżała. Nareszcie! To był Dain. Pojechał teraz do Lakamby; sam mi to powiedział. Mówiłem z nim, ale nie chciał przyjść dzisiaj. Będzie tu dopiero jutro rano.

Połknął znów łyżkę ryżu i mówił dalej:

— Jestem dziś prawie szczęśliwy, Nino! Widzę nareszcie kres długiej drogi, która wyprowadzi nas z tego nędznego bagna. Wydostaniemy się stąd prędko, moja droga dziewczynko, a wtedy...

Podniósł się i utkwił wzrok w przestrzeni, jakby wpatrzony w czarującą jakąś wizję.

— A wtedy — mówił dalej — będziemy szczęśliwi oboje, i ty, i ja. Będziemy żyli daleko stąd w bogactwie i szacunku. Zapomnimy o tym, co było, o wszystkich walkach, o całej tej nędzy!

Zbliżył się do córki i pieszczotliwie pogładził ją p włosach.

— Źle jest, gdy trzeba pokładać wiarę w Malaju, ale muszę przyznać, że ten Dain to dżentelmen, prawdziwy dżentelmen — powtórzył.

— Czy prosiłeś go, żeby tu przyszedł? — zapytała Nina, nie patrząc na ojca.