— Jedź już, Babalaczi, jedź! — rzekł Lakamba, powstając z fotela. — Bardzo jestem chory i muszę zażyć lekarstwo. Powiedz to białemu wodzowi.

Ale Babalaczi nie dał się tak łatwo odprawić. Wiedział, że jego pan — na wzór wszystkich wielkich ludzi — lubi zsuwać brzemię trudu i niebezpieczeństw na barki swych sług, ale uważał, że wobec ciężkich opałów, w których się znaleźli, musi i radża odegrać swoją rolę. Wolno mu udawać ciężko chorego przed białymi, a choćby i przed całym światem, jeśli mu się spodoba, ale musi wziąć udział w wykonaniu planu, który Babalaczi starannie obmyślił. Wierny sługa zażądał, aby wysłano o zmierzchu wielką łódź z dwunastu zbrojnymi ludźmi do polanki Bulangiego. Nie jest wykluczone, że trzeba będzie wziąć Daina siłą. Zakochany mężczyzna nie zawsze widzi jasno ścieżkę bezpieczeństwa, zwłaszcza jeżeli ta odwodzi go od przedmiotu jego uczuć — rozumował Babalaczi — a w takim razie trzeba będzie użyć przemocy. Czy radża zechce dopilnować, aby obsadzono łódź zaufanymi ludźmi? Trzeba wykonać wszystko w ścisłej tajemnicy. Może by radża zgodził się wziąć osobiście udział w wyprawie i wpłynąć na Daina mocą swego dostojeństwa, w razie gdyby okazał się uparty i nie chciał opuścić kryjówki? Radża nie zobowiązał się jednak do niczego i z niepokojem naglił Babalacziego do wyjazdu, lękając się, że biali przybędą znienacka w odwiedziny. Wreszcie Babalaczi pożegnał się niechętnie z radżą i wyszedł na podwórze.

Przed zejściem do przystani zatrzymał się chwilę na rozległym dziedzińcu. Gęste listowie drzew rzucało czarne plamy cienia, które zdawały się pływać po gładkiej powierzchni jaskrawego światła, co rozlewało się w górę ku domom i w dół ku częstokołowi, i hen po szerokiej rzece, łamiąc się i skrząc w tysiącach drobnych, połyskliwych fal niczym szlak z lazuru i złota, ujęty w jaskrawą zieleń lasów strzegących obu brzegów Pantai. W głuchej ciszy, przed spłynięciem wieczornego powiewu, fantastyczne karby liściastych czubów zastygły w spokoju niby zygzak nakreślony niepewną ręką na błękicie rozpalonego nieba. W przestrzeni zamkniętej częstokołem snuł się zapach więdnących kwiatów z pobliskiego lasu i zalatywała woń suszących się ryb. Niekiedy kłąb cierpkiego dymu z kuchennego ogniska przypływał spod liściastych konarów i pełzał leniwie, czepiając się spiekłej trawy.

Gdy Babalaczi spojrzał na żerdź z chorągwią sterczącą nad kępą niskich drzew w środku dziedzińca, trójbarwna flaga Niderlandów drgnęła pierwszy raz od chwili, gdy wywieszono ją tego ranka na powitanie łodzi okrętu wojennego. Z nikłym szelestem liści powiew spłynął z góry w lekkich podmuchach, igrając kapryśnie z godłem potęgi Lakamby, które było zarazem i piętnem jego niewoli. Ostry podmuch wiatru wionął nagle chłodem i rozpostarta flaga powiała spokojnie nad drzewami. Mroczny cień potoczył się wzdłuż rzeki, gasząc na falach skry zachodzącego słońca. Wielka biała chmura żeglowała z wolna po ciemniejącym niebie i zawisła na zachodzie, niby czekając na połączenie się ze słońcem. I ludzie, i rzeczy — wszystko strząsnęło odrętwiałość sennego popołudnia i zbudziło się do życia z pierwszym tchnieniem morskiego powiewu.

Babalaczi zbiegł spiesznie ku wrotom wiodącym do rzeki. Obejrzał się i raz jeszcze ogarnął wzrokiem słoneczny dziedziniec usiany plamami cienia, rozpalone ogniska, trzaskające wesoło, i gromadki żołnierzy i domowników Lakamby. Spojrzał także na swój dom, stojący wśród innych budynków opasanych częstokołem, i ze ściśniętym sercem zadał sobie pytanie, kiedy i jak dane mu będzie wrócić do rodzinnego ogniska. Miał do czynienia z mężem niebezpieczniejszym niż dzikie zwierzę, dumnym, samowolnym jak władca, zakochanym. Do tego człowieka miał przemówić słowami chłodnej, ziemskiej mądrości. Czy jest coś bardziej przerażającego? Co się stanie, jeśli Dain uwidzi sobie jakąś urojoną zniewagę czy lekceważenie swych uczuć i da się porwać szalonemu gniewowi? Ofiarą padnie przede wszystkim mądry doradca i śmierć stanie się jego nagrodą. Okropność położenia pogarszało jeszcze niebezpieczeństwo grożące ze strony tych natrętnych głupców, białych ludzi. Przed oczami Babalacziego zamajaczyła wizja smutnego wygnania na dalekiej Madurze95. To byłoby gorsze od samej śmierci! A tu jeszcze wchodzi w grę ta na wpół biała kobieta o groźnych oczach. Jakże przewidzieć, do czego jest zdolna taka niezrozumiała istota? Wie o wszystkim i dlatego właśnie niepodobna zabić Daina. Nie ma co do tego wątpliwości. A jednak kąśliwe ostrze krisa dobrym i wiernym jest druhem — pomyślał Babalaczi. Obejrzał miłośnie swoją broń i wsunął ją z powrotem do pochwy z głębokim westchnieniem żalu. Odwiązawszy łódkę, odsadził się od brzegu i ujął wiosło, czując niezbicie, jak dalece niepożądanym jest mieszanie się kobiet do spraw państwowych. Młodych kobiet, oczywiście. Dla dojrzałej wiedzy pani Almayer, dla biegłości w intrygach, której niewiasty nabywają z wiekiem, Babalaczi czuł tylko najgłębszy szacunek.

Wiosłował od niechcenia, a woda znosiła czółno zmierzające ku przylądkowi. Słońce tkwiło jeszcze wysoko i pośpiech był zbyteczny. Do dzieła swojego będzie mógł przystąpić dopiero z nastaniem zmroku. Minął pomost Lingarda, objechał przylądek i skierował łódź do zatoczki za domem Almayera. Tkwiło tu już kilka czółen skupionych dziobami u jednego pala. Babalaczi wepchnął swoją łupinkę między łódki i wysiadł na brzeg. Z drugiej strony zatoki coś poruszyło się w trawie.

— Kto się tam kryje? — zawołał Babalaczi. — Wyjdź i pokaż się.

Nikt nie odpowiedział. Babalaczi przeszedł na drugą stronę zatoki po zsuniętych czółnach i uderzył ze złością laską w podejrzane miejsce. Z krzykiem wyskoczyła stamtąd Tamina.

— Cóż ty tu robisz? — spytał zdziwiony. — O mało co nie nastąpiłem na twoją tacę. Czy jestem Dajakiem, że kryjesz się na mój widok?

— Zmęczona byłam i ... spałam — wyszeptała zawstydzona Tamina.