— Słyszysz? — szepnęła. — On dużo wypił.

— O tak — potwierdził Babalaczi. — Będzie mocno spał dziś w nocy.

Almayer nie była tego pewna.

— Czasem szatan ginu zsyła na niego bezsenność! Chodzi wtedy przez całą noc po werandzie i klnie, a my trzymamy się z daleka — objaśniała, czerpiąc swą wiedzę z doświadczenia nabytego przez dwadzieścia kilka lat małżeńskiego pożycia.

— Ale wtedy nic nie słyszy ani nie rozumie i ramię jego nie ma żadnej siły. Nie trzeba, aby słyszał cokolwiek dziś w nocy.

— Nie trzeba! — powtórzyła pani Almayer energicznym, choć ściszonym tonem. — Jeśli usłyszy, gotów nas zabić.

Babalaczi spojrzał na nią z niedowierzaniem.

Hai! Możesz mi wierzyć, tuanie! Czy nie przeżyłam długich lat z tym człowiekiem? Czy nie widziałam wielekroć śmierci w jego oczach czasu mej młodości, kiedy domyślał się wielu rzeczy? Gdyby był mężem z mego plemienia, nie spotkałabym się dwa razy z takim wzrokiem, ale on...

Lekceważący ruch napiętnował niewymowną pogardą małoduszny wstręt Almayera do przelewu krwi.

— Jeśli mu brak siły, aby wykonać to, czego pragnie, to czego się lękać? — spytał Babalaczi po krótkiej pauzie, w czasie której nasłuchiwali hałaśliwej gadaniny Almayera, póki głos jego nie zlał się z gwarem ogólnej rozmowy. — Czego mamy się lękać? — powtórzył Babalaczi.