— Tse! tse! tse! — cmokał Babalaczi, wysilając się na zgorszenie, choć jego samotne oko rzucało radosne błyski. — Teraz nastąpi wielki zamęt wśród białych ludzi. Zajdę od tamtej strony i zobaczę, co się dzieje. Zawiadom swoją córkę, że czeka ją nagła i długa podróż, która doprowadzi ją do wspaniałości i chwały. I powiedz, że Dain musi odjechać albo umrzeć i że nie zechce odjechać sam jeden.
— Nie, nie zechce odjechać sam jeden — powtórzyła w zadumie pani Almayer i gdy Babalaczi znikł za węgłem, wśliznęła się z powrotem na korytarz.
Wiedziony gwałtowną ciekawością, sembirski statysta obiegł w mig naokoło domu i jął wspinać się ostrożnie na schody werandy, stopień za stopniem. Usiadł spokojnie u samej góry i spuścił nogi, gotów do ucieczki, w razie gdyby jego obecność okazała się niepożądana. W tej pozycji czuł się mniej więcej bezpieczny. Stół był ku niemu zwrócony końcem, widział tylko plecy Almayera, a Ninie spoglądał prosto w twarz. Obaj oficerowie siedzieli do niego bokiem. Z czterech osób siedzących przy stole tylko Nina i młodszy oficer zauważyli ciche zjawienie się Babalacziego. Na jego widok Nina spuściła powieki, ale wnet zagadała do porucznika, a ten zwrócił się do niej z uprzejmą skwapliwością. Rozmawiając wciąż spokojnie, nie odwracała wzroku od twarzy ojca, który rozprawiał hałaśliwie.
— ...niesumienność i nielojalność; a cóżeście takiego uczynili, że wymagacie ode mnie lojalności? Nie macie żadnej władzy nad tym krajem. Musiałem sam sobie radzić, a kiedy prosiłem o opiekę, odpowiedziano groźbami i wzgardą, rzucając mi w twarz arabskie oszczerstwa! Mnie! Człowiekowi białemu!
— Proszę się uspokoić, panie Almayer — przekładał porucznik — wszystko to już słyszałem.
— Więc dlaczego gada mi pan o niesumienności? Potrzebowałem pieniędzy i dawałem w zamian proch. Skądże mogłem wiedzieć, że ci nieszczęśnicy wylecą w powietrze? Phi! Sumienność!
Sięgnął niepewnym ruchem do butelek i brał w rękę jedną po drugiej mamrocząc coś pod nosem.
— Nie ma już wina! — mruknął niezadowolony.
— Dosyć pan wypił — rzekł porucznik, zapalając cygaro. — Czy nie czas wydać nam pańskiego więźnia? Myślę, że pan trzyma tego Daina Marulę w jakimś bezpiecznym miejscu, ale trzeba już raz z tym skończyć; potem będzie jeszcze coś do wypicia. No, no! Cóż pan tak na mnie patrzy?
Almayer wlepił w oficera tępy wzrok i jął wodzić drżącymi rękoma koło szyi.