— Złoto — wymówił z trudnością i usiłował odchrząknąć. — Coś trzyma mnie za gardło... o tutaj... pan wybaczy. Co ja chciałem powiedzieć... trochę złota za odrobinę prochu. Cóż w tym złego?

— Wiem, wiem! — rzekł porucznik, uspokajając go.

— Nie! Pan nie wie. Żaden z was nie wie! — krzyknął Almayer. — Mówię wam, że rząd jest głupi. Góry złota! Ja jeden wiem o tym! Ja i jeszcze ktoś inny. Ale on nie powie. On...

Urwał z niewyraźnym uśmiechem i usiłując poklepać oficera po ramieniu, przewrócił parę pustych butelek.

— Setny98 z pana chłop — rzekł bardzo wyraźnie protekcyjnym tonem i pokiwał sennie głową, mrucząc coś pod nosem.

Oficerowie spojrzeli na siebie bezradnie.

— Tak nie da rady — rzekł porucznik do młodszego oficera. — Zbierz pan ludzi na dziedzińcu. Muszę wydobyć z niego choć jedno rozsądne słowo. Nuże, panie Almayer! Proszę się zbudzić. Niechże pan dotrzyma przyrzeczenia! Pan przecież dał słowo. Pan dał słowo honoru! Czy pan pamięta?

Almayer wyrwał się niecierpliwie oficerowi. Nagle opuścił go zły humor; spojrzał w górę, przykładając palec do nosa.

— Pan jest jeszcze bardzo młody; przyjdzie czas na wszystko — rzekł z wielce mądrą miną.

Porucznik zwrócił się do Niny, która oparła się plecami o poręcz krzesła i obserwowała spokojnie ojca.