— Cała ta historia bardzo mi jest przykra ze względu na panią. Nie wiem — ciągnął dalej z pewnym zakłopotaniem — czy mam prawo prosić panią o cokolwiek, chyba tylko o to, aby pani nie była obecna przy tym przykrym zajściu, ale mimo to muszę nadmienić dla dobra ojca pani, że pani powinna właściwie... to znaczy się, uważam, że jeśli pani ma jakiś wpływ na ojca, powinna go pani teraz użyć, aby dotrzymał przyrzeczenia danego mi, zanim... zanim popadł w ten stan.
Zauważył ze zniechęceniem, że nie zwróciła żadnej uwagi na jego słowa i siedziała ze spuszczonymi powiekami.
— Ufam... — rozpoczął znowu.
— O jakim przyrzeczeniu pan mówi? — spytała nagle Nina i powstawszy, zbliżyła się do ojca.
— Nie żądam niczego, co by nie było sprawiedliwe i słuszne. Ojciec pani obiecał wydać człowieka, który w czasie pokoju targnął się na życie niewinnych ludzi; chciał ujść karze grożącej mu za złamanie prawa. Obmyślił swój zamach na wielką skalę. Jeśli doznał częściowego niepowodzenia, nie jego w tym wina. Słyszała pani naturalnie o Dainie Maruli. Uciekł w górę rzeki. Jak wnoszę, ojciec pani go przytrzymał. Może pani...
— Więc zabił białych ludzi! — przerwała Nina.
— Przykro mi wyznać, że to byli rzeczywiście biali. Tak, dwóch białych postradało życie przez kaprys tego łotra.
— Tylko dwóch?! — wykrzyknęła Nina.
Oficer spojrzał na nią w zdumieniu.
— Jak to! Jak to, pani... — zająknął się zmieszany.