— Mogło ich być więcej — przerwała Nina. — A jeśli dostaniecie do rąk tego... tego łotra, wówczas oddalicie się stąd?
Porucznik, wciąż jeszcze oniemiały, skinął potakująco głową.
— A więc wydostałabym go dla was z głębi gorejącego stosu! — wybuchnęła z siłą. — Nienawidzę widoku waszych białych twarzy. Nienawidzę dźwięku waszych łagodnych głosów. Oto jak się zwracacie do kobiet, szepcąc czułe słowa każdej ładnej dziewczynie! Miałam kiedyś sposobność słuchać waszych głosów. Cieszyłam się nadzieją, że nie zobaczę już nigdy żadnej białej twarzy prócz tej jednej — dodała łagodniej, dotykając lekko policzka ojca.
Almayer przestał mamrotać; otworzył oczy i przytrzymał dłoń córki, tuląc do niej twarz. Nina gładziła siwe, potargane włosy ojca i spoglądała wyzywająco na oficera, który odzyskał już równowagę i odwzajemnił jej wzrok chłodnym, spokojnym wejrzeniem. Przed werandą słychać było miarowy tupot; to marynarze zbierali się stosownie do rozkazu. Podporucznik wszedł po schodach, a Babalaczi powstał niespokojnie i trzymając palec na ustach, starał się zwrócić na siebie uwagę Niny.
— Dobra z ciebie dziewczyna — szepnął z roztargnieniem Almayer i puścił rękę córki.
— Ojcze, ojcze! — krzyknęła, pochylając się nad nim z namiętną prośbą w głosie. — Spójrz na tych dwóch ludzi, którzy na nas patrzą. Wypraw ich stąd! Dłużej tego nie zniosę. Wypraw ich! Zrób, czego chcą — i niech sobie pójdą!
Wzrok jej padł na Babalacziego; zamilkła nagle, lecz uderzała szybko nogą o podłogę w przystępie gorączkowego rozdrażnienia. Oficerowie stali obok siebie, przyglądając się jej ciekawie.
— Co jej się stało? Co to znaczy? — spytał młodszy.
— Nie wiem — odpowiedział drugi. — Córka jest wściekła, a ojciec urżnięty. A jednak niezupełnie urżnięty. To ciekawe! Popatrz no pan!
Almayer powstał z miejsca przytrzymując się ramienia córki. Zawahał się chwilę, potem puścił swoją podporę i zatoczył się aż do połowy werandy. Zebrawszy siły, stał wyprostowany, ciężko dysząc i rozglądając się gniewnie.