— Czy ludzie gotowi? — spytał porucznik.
— Wszystko gotowe, panie poruczniku.
— Proszę nam teraz pokazać drogę, panie Almayer — rzekł porucznik.
Almayer wlepił w niego wzrok, jak gdyby go spostrzegł po raz pierwszy.
— Dwóch ludzi — rzekł niewyraźnie. Zdawało się, że wysiłek, z jakim wymówił te słowa, nadwerężył jego równowagę; postąpił szybko o krok, aby uniknąć upadku, i stał, kiwając się w tył i naprzód. — Dwóch ludzi! — zaczął znów z trudnością. — Dwóch białych w mundurach, ludzi honorowych. To jest, chciałem powiedzieć, ludzi honoru. Czy pan jest człowiekiem honoru?
— No, no, dosyć już tego! — rzekł niecierpliwie oficer. — Proszę nam wydać tego pańskiego przyjaciela.
— Za kogo mnie pan ma? — rzucił z wściekłością Almayer.
— Za pijanego, ale nie tak dalece, aby pan nie wiedział, co pan robi. Dość tych błazeństw — rzekł oficer z powagą — bo skażę pana na areszt domowy.
— Areszt! — rozległ się zgrzytliwy śmiech Almayera. — Ha, ha, ha! Areszt! Przez dwadzieścia lat usiłowałem wydostać się z tej piekielnej dziury i nie mogłem! Słyszysz, człowieku! Nie mogłem! I nigdy już się stąd nie wydostanę! Nigdy!
Szloch go chwycił przy ostatnim słowie. Zszedł niepewnie ze schodów; gdy znaleźli się na dziedzińcu, porucznik zbliżył się i wziął go pod ramię. Podporucznik i Babalaczi szli tuż za nimi.