— Czy tak nie lepiej, panie Almayer? — rzekł zachęcająco oficer. — Ale dokądże pan prowadzi? Tu są tylko deski. Panie Almayer — dodał, trącając go z lekka — łodzie będą potrzebne?
— Nie! — odrzekł zjadliwie Almayer. — Potrzebny będzie grób.
— Co takiego? Znów pan bredzi! Niechże się pan postara mówić do rzeczy.
— Grób! — wrzeszczał Almayer, usiłując się wyrwać oficerowi. — Dziura w ziemi. Czy pan nie rozumie? To pan jest pijany. Proszę mnie puścić. Puścić mnie, mówię!
Wyrwał się i zatoczył aż ku deskom, na których spoczywały zwłoki pod białym przykryciem; nagle odwrócił się i stanął na wprost półkola zaciekawionych twarzy. Słońce zniżało się szybko, kładąc na dziedziniec długie cienie drzew i domu, lecz blask pozostał jeszcze na rzece, kędy99 mknęły z prądem kłody, znacząc się czarno i wyraźnie w bladej czerwieni zachodu. Pnie drzew na wschodnim wybrzeżu tonęły już w mroku, a wierzchołki chwiały się lekko w gasnącej poświacie. Powietrze czyniło się ciężkie i chłodne; od rzeki szedł powiew i rozpraszał się w lekkich podmuchach.
Almayer usiłował coś powiedzieć, lecz nagle wstrząsnął się i niepewnym ruchem podniósł znów ręce do gardła, jak gdyby chciał wyswobodzić się z uścisku niewidzialnej ręki. Jego krwią nabiegłe oczy błądziły od twarzy do twarzy.
— Czy jesteście tu wszyscy? — rzekł wreszcie. — To niebezpieczny człowiek.
Szarpnął gwałtownie płócienną zasłonę; ciało potoczyło się sztywno i bezradnie do jego stóp.
— Zimny, zupełnie zimny — rzekł Almayer z martwym uśmiechem, wodząc wzrokiem po obecnych. — Przykro mi, ale nic na to nie poradzę. I nie możecie go nawet powiesić. Jak panowie widzicie — dodał uroczyście — nie ma tu wcale głowy, a z szyi prawie nic nie zostało.
Ostatni promień słońca zagasł na szczytach drzew; rzeka zapadła nagle w mrok, a wśród wielkiej ciszy rósł szmer płynącej wody i zdawał się przepełniać nieobjęty przestwór szarego cienia, który zstąpił na ziemię.