— Oto Dain — rzekł Almayer do milczącej gromadki skupionej wkoło niego. — Dotrzymałem słowa. Najpierw jedna nadzieja, potem druga, a to jest ostatnia. Nic już nie zostało. Myślicie, że tu jeden trup tylko? Zapewniam was, że to omyłka. Jestem daleko bardziej martwy od niego. Dlaczego mnie nie wieszacie? — poddał nagle przyjaznym tonem, zwracając się do porucznika. — Ręczę wam, ręczę, że to byłaby ty-tylko czysta for-formalność.
Ostatnie słowa wybełkotał pod nosem i ruszył zygzakami do domu. „Precz!” — huknął na Alego, który zbliżył się nieśmiało, chcąc go podtrzymać. Gromadki wylękłych mężczyzn i kobiet śledziły z oddali jego błędne kroki. Wgramolił się na schody, trzymając się poręczy, dotarł do fotelu i zwalił się nań całym ciężarem. Przez chwilę siedział spokojnie, dysząc z wysiłku i gniewu, i rozglądał się za Niną. Nagle pogroził pięścią w stronę osady, skąd dochodził głos Babalacziego, i kopnął stół, który runął z wielkim łoskotem i brzękiem tłuczonej zastawy. Przez chwilę mruczał coś jeszcze groźnie pod nosem, wreszcie głowa opadła mu na piersi, oczy zamknęły się i zasnął z głębokim westchnieniem.
Tej nocy — pierwszy raz w dziejach Sembiru — kwitnąca ta i spokojna osada ujrzała światła w „Szaleństwie Almayera”. Były to latarnie z fregaty zawieszone przez majtków na werandzie, gdzie obaj oficerowie prowadzili śledztwo. Przebieg całej sprawy przedstawił im Babalaczi. Sembirski statysta odzyskał wreszcie należne mu znaczenie. Wymowny był i przekonywający, wzywał niebo i ziemię, aby świadczyły o prawdzie jego słów. Byli także inni świadkowie. Mahmata Bandżara i wielu innych Malajów poddano szczegółowemu badaniu, które przeciągnęło się aż do późnego wieczora. Posłano gońca po Abdullę, który, usprawiedliwiając sędziwym wiekiem swoją nieobecność, wydelegował zamiast siebie Reszyda. Mahmat musiał pokazać złote kółko i ujrzał z wściekłością i rozpaczą, że oficer chowa je do kieszeni, jako jeden z dowodów śmierci Daina, aby przesłać je rządowi wraz z oficjalnym sprawozdaniem o wyprawie. Pierścień Babalacziego został również skonfiskowany w tym samym celu, lecz doświadczony mąż stanu z góry się tego spodziewał. Zniósł stratę z rezygnacją, pragnąc tylko, aby biali ludzie uwierzyli jego słowom. Zadawał sobie w duchu poważnie to pytanie, gdy odchodził, jeden z ostatnich, po skończonym badaniu. Tego nie był pewien. Jeśli uwierzą choćby tylko na jedną noc, będzie mógł usunąć Daina poza obręb ich władzy i odetchnie nareszcie w poczuciu bezpieczeństwa. Oddalił się szybko, spoglądając niekiedy przez ramię, aby przekonać się, czy nikt za nim nie idzie, ale nie zobaczył i nie usłyszał nic podejrzanego.
— Dziesiąta — rzekł porucznik i ziewnął, spoglądając na zegarek. — Słyszę już zawczasu przyjemne uwagi, jakimi powita mnie kapitan. Cóż to za podła historia.
— Czy pan myśli, że to wszystko prawda? — spytał młodszy.
— Bo ja wiem? Możliwe, że to i prawda. A jeśli nie, to cóż możemy poradzić? Gdybyśmy mieli tak ze dwanaście łodzi, można by spatrolować zatoki, a i to nie na wiele by się przydało. Ten pijany wariat ma rację, nie władamy dostatecznie tym wybrzeżem. Robią tu, co chcą. Czy przygotowali nam hamaki?
— Kazałem je zawiesić sternikowi. Co za dziwna para! — rzekł porucznik, wskazując w stronę domu Almayera.
— Hm! Rzeczywiście, ciekawa para. O czym pan z nią mówił? Przez cały czas zajęty byłem głównie ojcem.
— Zaręczam panu, że zachowałem się jak najgrzeczniej — zapewniał gorąco oficer.
— To doskonale. Niechże się pan nie gorączkuje. Najwidoczniej ona nie znosi grzeczności. A ja myślałem, że pan był może za czuły. Widzi pan, jesteśmy tu na służbie.