— Ależ naturalnie! Nigdy o tym nie zapominam. Chłodna uprzejmość, nic ponadto.

Roześmiali się obaj, a że nie byli jeszcze śpiący, zaczęli chodzić ramię w ramię po werandzie. Księżyc wychynął ukradkiem zza drzew, przeobraziwszy nagle rzekę w strumień lśniącego srebra. Las wyłonił się z czarnej próżni i stanął w posępnej zadumie nad roziskrzoną wodą. Powiew rozpłynął się w zupełnej ciszy.

Zwyczajem marynarzy, oficerowie chodzili miarowo po werandzie tam i z powrotem, nie zamieniając ani słowa. Luźne deski skrzypiały rytmicznie pod ich stopami, a suchy zgrzyt drzewa rozlegał się natrętnie w niezmąconej niczym nocnej ciszy. Gdy zawracali, doszedłszy do końca werandy, młodszy oficer stanął jak wryty.

— Słyszał pan? — zapytał.

— Nie! — odrzekł starszy. — A co takiego?

— Zdawało mi się, że słychać krzyk. Bardzo słaby krzyk, coś jakby kobiece wołanie, w tamtym drugim domu. O! Teraz znowu. Słyszy pan?

— Nic a nic — odrzekł porucznik, wytężywszy słuch przez chwilę. — Wy, młodzi, słyszycie wszędzie kobiece głosy. Już się panu coś marzy, niech pan lepiej idzie spać. Dobranoc!

Księżyc piął się coraz wyżej, a ciepłe cienie malały i kurczyły się, jakby spłoszone zimnym, okrutnym światłem.

Rozdział dziesiąty

— Zaszło nareszcie! — rzekła Nina do matki, wskazując na wzgórza, za które stoczyło się słońce. — Posłuchaj, matko, jadę teraz do zatoki Bulangiego, a gdybym nigdy już nie wróciła...