Pani Almayer skorzystała ze swej przewagi.
— Zaniechaj dawnego życia! Zapomnij — mówiła błagalnie. — Zapomnij, że spoglądałaś na białe twarze, zapomnij ich słów, zapomnij ich myśli. Słowa ich kłamią i myśli ich kłamią. Pogardzają nami, którzyśmy lepsi od nich, choć nie tak silni. Zapomnij o ich przyjaźni i wzgardzie, zapomnij o ich wielu bogach. Dziewczyno, jakże możesz wspominać przeszłość, gdy wojownik i wódz czeka, na ciebie, gotów poświęcić wszystko, nawet własne swoje życie, za jeden twój uśmiech!
Mówiąc to, popychała z lekka córkę ku czółnom, kryjąc własną obawę, niepokój i niepewność w potoku namiętnych słów, które nie pozwoliły Ninie ani przez chwilę zebrać myśli i stawić oporu, gdyby nawet chciała to uczynić. Ale już teraz nie chciała. Na dnie przelotnej zachcianki, aby spojrzeć raz jeszcze w twarz ojca, nie było silnego przywiązania. Nie miała żadnych skrupułów i nie czuła wyrzutów sumienia, opuszczając nagle człowieka, którego miłości nie potrafiła ani zrozumieć, ani nawet dostrzec. Było to tylko instynktowne lgnięcie do dawnego życia, dawnych przyzwyczajeń, dawnych twarzy — ten lęk przed krokiem ostatecznym — lęk, co czai się w każdej ludzkiej piersi i zapobiega tylu bohaterstwom i tylu zbrodniom. Lata całe przebyła między matką a ojcem, z których jedna tak silna była w swej słabości, a drugi tak słaby, gdy mógł okazać siłę. Trwała z oniemiałym sercem między tym dwojgiem istot tak do siebie niepodobnych, tak wręcz sobie przeciwnych, rozpamiętując ze zdumieniem i gniewem fakt własnego istnienia. Ciśnięta przez los bezmyślnie i upokarzająco w sam środek dziczy, patrzyła, jak dzień za dniem mija bez żadnej nadziei, pragnienia ani też celu, który by nadał jakiś sens życiu ciążącemu jej coraz dotkliwiej. Nie wierzyła marzeniom ojca i nie rozumiała ich wcale, ale dzikie majaczenia matki trąciły o pokrewną strunę gdzieś na dnie zrozpaczonego serca. Zapamiętywała się w rojeniach jak więzień, który rwie się do swobody wśród ścian celi. Wreszcie zjawił się Dain i ukazał jej drogę do wolności. Poddała się nowym siłom, które nagle się w niej zrodziły, i wierzyła w pełnym zdumienia olśnieniu, że w oczach Daina wyczyta odpowiedź na dręczące ją zagadki. Posiadła tajemnicę życia — cel jego i znaczenie — i w radosnym tryumfie odrzuciła wzgardliwie całą przeszłość. Smutne myśli, gorzkie uczucia i wątłe przywiązania — wszystko zwiędło i zmartwiało w zetknięciu z potęgą namiętności.
Pani Almayer odwiązała czółno Niny i wyprostowawszy się z trudem, stała z liną w ręku, patrząc na córkę.
— Prędko! — rzekła. — Musisz odjechać, nim księżyc wzejdzie, póki cień leży jeszcze na rzece. Lękam się niewolników Abdulli. Ci nędznicy włóczą się często po nocy, mogliby cię dostrzec i puścić się twoim śladem. Są tu dwa wiosła w łódce.
Nina podeszła do matki i musnęła niepewnie ustami jej pomarszczone czoło. Pani Almayer żachnęła się pogardliwie, protestując przeciw tej pieszczocie, ale poczuła, że tkliwość córki mogłaby się stać zaraźliwa.
— Czy cię jeszcze kiedy zobaczę, matko? — szepnęła Nina.
— Nie — odrzekła pani Almayer po krótkim milczeniu. — Na co ci wracać tutaj, gdzie przeznaczone mi jest umrzeć? Będziesz pędziła życie hen daleko, we wspaniałości i potędze. Jeśli posłyszę, że nasi wojownicy żeną100 z wysp białych ludzi, wówczas zrozumiem, że żyjesz i że pamiętasz moje słowa.
— Będę je zawsze pamiętała — rzekła poważnie Nina — ale powiedz, w czym leży moja potęga? Co ja mogę uczynić?
— Nie pozwól mu zbyt długo spoglądać w twoje oczy ani trzymać głowy na twych kolanach; przypominaj, że mężczyzna ma walką zapracować na wypoczynek. Gdyby się ociągał, podaj sama kris i rozkaż mu pójść, jak przystoi żonie potężnego władcy, gdy nieprzyjaciel w pobliżu. Niech zabija białych ludzi, którzy przybywają do nas i handlują z modlitwą na ustach, a nabitą strzelbą w ręku. Ach — kończyła z westchnieniem — oni są na każdym morzu i na każdym wybrzeżu i jest ich bardzo wielu!