Obróciła łódkę dziobem ku rzece, ale wciąż jeszcze trzymała rękę na krawędzi, zamyślona i niepewna. Nina oparła koniec wiosła o brzeg, gotowa do odjazdu.

— Co to jest, matko? — spytała po cichu. — Czy słyszysz coś?

— Nie — odrzekła z roztargnieniem pani Almayer i po krótkiej pauzie zaczęła znów porywczo: — Słuchaj mnie, Nino, po latach będą inne kobiety...

Przerwał jej zduszony krzyk i łoskot: Nina upuściła wiosło i wyciągnęła ramiona, jak gdyby broniąc się przed jej słowami. Pani Almayer uklękła na brzegu i pochyliła się nad łódką, aby spojrzeć z bliska w twarz córki.

— Będą inne kobiety — powtórzyła nieubłaganie — mówię ci to, bo jesteś na wpół biała: możesz zapomnieć, że on jest wielkim wodzem i że tak być musi. Ukryj swój gniew i nie pokaż bólu, który będzie jadł twoje serce. Spotykaj go z weselem w oczach i mądrością na ustach, gdyż do ciebie zwróci się w smutku czy zwątpieniu. Póki wzrok jego będzie spoczywał na wielu kobietach, póty przetrwa twoja władza, ale gdyby znalazła się jedna — jedna jedyna — z którą by ciebie zapomniał, wówczas...

— Nie mogłabym żyć — wybuchnęła Nina, kryjąc twarz w dłoniach. — Nie mów tego, matko, to być nie może!

— Wówczas — ciągnęła niewzruszenie pani Almayer — dla tej kobiety, Nino, bądź bez miłosierdzia.

Pchnęła lekko czółno, zwrócone dziobem do rzeki, trzymając je wciąż za krawędź obu rękami.

— Płaczesz? — spytała surowo córki, która siedziała bez ruchu z zakrytą twarzą. — Powstań i ujmij wiosło, bo czekał już dość długo. Pamiętaj, Nino, bądź bez miłosierdzia; a jeśli będziesz musiała ugodzić, niechaj ci ręka nie zadrży.

Zebrała wszystkie siły i podawszy się naprzód, pchnęła lekkie czółenko daleko na wody rzeki. Gdy przyszła do siebie po tym wysiłku, na próżno wytężała wzrok; łódka rozpłynęła się w białej mgle rozwleczonej nad ogrzanymi wodami Pantai. Chwilę jeszcze pozostała na kolanach, nasłuchując usilnie, wreszcie dźwignęła się z głębokim westchnieniem. Dwie łzy stoczyły się z wolna po zwiędłych jej policzkach. Otarła je szybko kosmykiem siwych włosów, jakby wstydząc się samej siebie, lecz nie potrafiła stłumić głośnego westchnienia; ciężko jej było na sercu i cierpiała bardzo, nie będąc zwyczajną tkliwych wzruszeń. Nagle wydało się jej, że słyszy lekki szmer, jak echo własnego westchnienia; przystanęła, wytężywszy słuch, spoglądając lękliwie w stronę pobliskich krzaków.