— Kto tam? — spytała niepewnie, a w wyobraźni ujrzała widziadła błąkające się w pustce wybrzeża. — Kto tam? — powtórzyła słabym głosem.

Nie było żadnej odpowiedzi. Tylko szum rzeki, snując się smutno i monotonnie za białą zasłoną, jak gdyby wzmógł się na chwilę i przycichł znów w miękkim szepcie wirów podmywających wybrzeże.

Pani Almayer potrząsnęła głową niby w odpowiedzi własnym myślom i oddaliła się szybko od krzaków, rozglądając się czujnie na wszystkie strony. Szła wprost do szopy kuchennej, gdyż spostrzegła, że węgle w ognisku żarzą się silniej niż zwykle; widać ktoś w ciągu wieczora dorzucił świeżego paliwa. Babalaczi, przykucnięty w ciepłym blasku żaru, powstał i spotkał się z nią w mroku za szopą.

— Czy pojechała? — spytał dyplomata porywczo i niespokojnie.

— Tak — odrzekła pani Almayer. — Co robią biali? Dlaczego ich opuściłeś?

— Pewno śpią teraz. Oby nie zbudzili się już więcej! — wybuchnął żarliwie. — Och, to są wcielone diabły, tyle gwałtu i gadaniny o tego trupa! Wódz ich groził mi dwa razy ręką i powiedział, że chciałby mnie widzieć przywiązanego do drzewa! Mnie! Przywiązanego do drzewa! — powtarzał, bijąc się gwałtownie w piersi.

Pani Almayer zaśmiała się szyderczo.

— A ty biłeś pokłony, prosząc o przebaczenie. Mężowie z bronią u boku zachowywali się inaczej za czasów mej młodości.

— Ty szalona kobieto! I gdzież oni są, mężowie z czasów twojej młodości? — odparł gniewnie Babalaczi. — Zabici przez Holendrów. A ja będę żył, aby wywodzić ich w pole. Mężczyzna wie dobrze, kiedy ma walczyć, a kiedy rzec pojednawcze kłamstwo. I ty byś wiedziała, gdybyś nie była kobietą!

Lecz pani Almayer zdawała się go nie słyszeć. Wyciągnąwszy ramię, nasłuchiwała pochylona.