— Tam za szopą słychać dziwne dźwięki — szepnęła z niepokojem. — Już przedtem słyszałam jakby płacz i westchnienia. To było tam na wybrzeżu. A teraz znowu...

— Gdzie? — spytał Babalaczi zmienionym głosem. — Co słyszałaś?

— Tu blisko. Tak jakby ktoś głęboko westchnął. Trzeba było spalić papier nad ciałem, zanim je pogrzebali.

— Tak — potwierdził Babalaczi. — Ale biali ludzie wyrzucili je zaraz do jamy. Widzisz, on zginął w rzece — dodał raźniej — i duch jego będzie się włóczył za czółnami, ale wybrzeże zostawi w spokoju.

Pani Almayer, która z wyciągniętą szyją zaglądała za węgieł szopy, cofnęła wreszcie głowę.

— Nie ma tu nikogo — rzekła uspokojona. — Czy już nie czas, aby wojenna łódź radży ruszyła w stronę polanki?

— Zajedzie tu po mnie, bo i ja muszę popłynąć — objaśnił Babalaczi. — Pojadę chyba zobaczyć, czemu się opóźniają. Kiedy do nas przybędziesz? Radża ci daje schronienie.

— Przeprawię się przed świtem. Nie mogę tu zostawić moich dolarów — mruknęła pani Almayer.

Rozeszli się. Babalaczi minął podwórze, kierując się ku zatoce, gdzie było przywiązane jego czółno, a pani Almayer ruszyła z wolna ku domowi. Wspięła się po kładce, minęła tylną werandę i weszła na korytarz wiodący do frontu. We drzwiach obejrzała się jeszcze, ogarniając wzrokiem puste, ciche podwórze, już oświetlone promieniami wschodzącego miesiąca. Ledwie znikła w korytarzu, niewyraźny cień mignął między pniami drzew bananowych, przeszył jak strzała przestrzeń zalaną księżycem i zapadł w mrok u stóp werandy. Tak błyskawicznie i cicho przemknęło to zjawisko, że mogło wydać się cieniem pędzącej chmury, gdyby nie ślad pozostały na trawach. Pierzaste kity słaniały się i drżały długi czas jeszcze w księżycowej poświacie, zanim stanęły nieruchomo, błyszcząc na ciemnym tle jak misterny haft ze srebrnych gałązek.

Pani Almayer zapaliła kaganek z kokosowej łupiny; odsunąwszy ostrożnie czerwoną firankę, spojrzała na męża, osłaniając światło dłonią. Almayer leżał rozwalony w fotelu; lewe jego ramię zwisło ku ziemi, a drugie przerzucone było przez twarz; wyglądało to, jakby chciał odeprzeć cios niewidzialnego napastnika. Nogi wyciągnął przed siebie i spał ciężkim snem, nieświadom wrogich oczu, które przyglądały mu się badawczo i pogardliwie. U jego stóp leżał zwalony stół wśród szczątków zastawy i potłuczonych butelek. Weranda wyglądała jak pobojowisko, gdzie stoczono rozpaczliwą walkę; krzesła, poroztrącane gwałtownie na wszystkie strony, leżały w żałosnych, pijackich pozach pełnych bezsilności. Tylko wielki fotel Niny sterczał nieruchomo na wysokich biegunach, górując z niezachwianą godnością nad chaosem zgnębionych mebli; ten czekał cierpliwie na swoją panią.