Pani Almayer rzuciła jeszcze na męża pogardliwe spojrzenie i puściwszy firankę, skierowała się do swego pokoju. Para nietoperzy ośmielonych mrokiem i ciszą jęła znów pląsać w ukośnych zygzakach nad głową Almayera. Długi czas nic nie mąciło skupionej ciszy domu prócz głębokiego oddechu śpiącego mężczyzny i słabego dźwięku srebra w rękach kobiety przygotowującej się do ucieczki.

Księżyc wzniósł się tymczasem ponad nocną mgłę, wydobył z mroku sprzęty na werandzie, zalał ją światłem i zrzucił czarne bryzgi cienia, uwydatniając brzydotę i nieporządek poprzewracanych mebli. Na brudnej bielonej ścianie za śpiącym Almayerem zjawiła się jego karykatura, wyolbrzymiona do bohaterskich rozmiarów o groteskowo przesadzonych szczegółach. Spłoszone światłem nietoperze odfrunęły, poszukując ciemniejszego zakątka, a na stół wylazła jaszczurka o krótkich, nerwowych ruchach; snadź podobał jej się biały obrus, bo przystanęła na nim i znieruchomiała. Mogło się zdawać, że tknęła ją nagła śmierć, gdyby nie melodyjny zew, którym wabiła mniej odważnego towarzysza, skrytego gdzieś między rupieciami na podwórzu. Zatrzeszczała podłoga w korytarzu, jaszczurka znikła, a Almayer poruszył się niespokojnie i westchnął. Z nicości i zatraty pijackiego snu wracał powoli do świadomości przez krainę widzeń. Przerzucał głowę z ramienia na ramię w sennym otumanieniu. Niebieskie sklepienie spadło mu na barki jak ciężki płaszcz; gwiezdne fałdy wloką się gdzieś głęboko, hen w dole. Gwiazdy w górze i wszędzie wokoło; z gwiezdnej przepaści wznosi się szept nabrzmiały błaganiem i łzami; smutne twarze snują się śród rojów świateł migocących w nieskończonym przestworze. Natrętne, żałosne krzyki uderzają o jego uszy, smutne oczy patrzą ku niemu z twarzy cisnących się wokoło — aż tchu mu brak pod miażdżącym brzemieniem światów rzuconych na omdlałe barki. Uciec! Ale jak? Jeśli posunie się o krok, stąpnie w próżnię i z przeraźliwym łoskotem zwalą się razem w otchłań — i on, i wszechświat, którego jest jedyną podporą. Czego chcą te głosy? Żądają, aby ruszył naprzód. Dlaczego? Ruch to zagłada! Ani mu to w głowie. Oburzył go ten szalony pomysł. Rozparł się mocniej na nogach i wytężył muskuły w bohaterskim postanowieniu: będzie dźwigał swoje brzemię przez całą wieczność! Mijały tysiąclecia, a on trwał w nadludzkim trudzie wśród wirujących światy. Żałosny szept smutnych głosów snuł się ciągle i naglił do czynu, póki nie jest jeszcze za późno. Tajemnicza moc, która zwaliła na niego nadludzkie zadanie, postanowiła wreszcie jego zgubę. Uczuł ze zgrozą ciężar żelaznej dłoni wstrząsającej jego ramieniem, a jednocześnie chór głosów wybuchł rozpaczliwą modlitwą, błagając, aby nie zwlekał, aż będzie za późno. Wydało mu się, że coś pęta mu nogi; stracił równowagę, poślizgnął się i padł z krzykiem w otchłań. Pierzchła zmora walących się światów. Leżał w półśnie, nie wyzwolony jeszcze spod władzy sennego czaru.

— Co? Co? — szepnął ospale, nie otwierając oczu. Głowa ciężyła mu bardzo i nie miał odwagi rozewrzeć powiek. Do uszu cisnęły się wciąż błagalne szepty. — Czy ja śpię? Dlaczego słyszę te głosy? — Usiłował zrozumieć, co się z nim dzieje. — Nie mogę się jeszcze pozbyć tej okropnej zmory. Bardzo byłem pijany. Kto to mną potrząsa? Jeszcze mi się coś śni. Muszę otworzyć oczy i raz z tym skończyć. Widać nie jestem jeszcze zupełnie obudzony.

Pokonał z wysiłkiem odrętwienie i rozwarł powieki. Ujrzał tuż przy twarzy wytrzeszczone, błyszczące źrenice. Zamknął prędko oczy, osłupiały i przerażony, i siadł w fotelu, trzęsąc się ze zgrozy. Co to za stwór? Z pewnością jakieś przywidzenie. Nic dziwnego: nerwy jego przeszły taki straszny wstrząs, a w dodatku dużo wypił. Niechby się tylko zdobył na odwagę i otworzył oczy — na pewno nic już nie zobaczy. Zaraz spojrzy. Tylko przedtem trzeba się uspokoić. O tak. — Już!

Spojrzał. W oddalonym kącie werandy stała kobieca postać oblana stalowym światłem i błagalnie wyciągała ku niemu ramiona. Między upartą zjawą a Almayerem szemrał potok słów; do uszu jego dobijały się dręczące go zdania, lecz mimo największych wysiłków nie mógł nic zrozumieć. Ktoś mówi po malajsku... Kto uciekł? Dlaczego już za późno? Co znaczą te słowa nienawiści i miłości tak dziwnie poplątane? Te imiona, co uderzają wciąż o jego uszy: Nina, Dain; Dain, Nina. Dain nie żyje, a Nina śpi, nie przeczuwając, że z ojcem jej dzieje się coś strasznego. Czy ta męka ma trwać wiecznie? I we śnie, i na jawie? Czy nie ma dla niego spokoju ani we dnie, ani w nocy? Co to ma wszystko znaczyć?

Krzyknął głośno ostatnie słowa. Ciemna postać wzdrygnęła się z piskiem i posunęła ku drzwiom. Almayer, doprowadzony do ostateczności niepojętą męką, rzucił się ku niej, lecz wymknęła mu się; uderzył ciężko o ścianę. Odwrócił się błyskawicznie i rozpoczął dziki pościg. Tajemnicza postać uciekała, wydając przenikliwe krzyki, które podsycały coraz bardziej jego wściekłość. Sadził przez meble, biegał wokoło przewróconego stołu i wpędził ją nareszcie w kąt za fotelem Niny. Rzucali się to na prawo, to na lewo, krzesło kołysało się jak szalone; zjawa odpowiadała przenikliwym piskiem na każdy podstępny ruch Almayera, który ciskał urywane przekleństwa przez zaciśnięte zęby. Cóż to za piekielny wrzask! W mózg się wwierca i wtłacza oddech w gardło. Zabije go ten wrzask. Trzeba go zdusić! Porwała go obłąkana żądza, aby zmiażdżyć ten wrzeszczący stwór. Rzucił się na oślep przez fotel i oboje potoczyli się w tumanie kurzu wśród potrzaskanych szczątków mebla. Ostatni pisk zamarł pod Almayerem w słabym bełkocie; zdobył wreszcie upragnioną ulgę głuchej ciszy.

Spojrzał na twarz zjawy. To kobieta — prawdziwa kobieta. Jakieś znajome rysy — na Boga, to Tamina! Skoczył na równe nogi i stał w oszołomieniu, obcierając czoło, zawstydzony swoją wściekłością. Dziewczyna zwlekła się na kolana i objęła mu nogi, żebrząc o miłosierdzie.

— Nie bój się — rzekł, podnosząc ją. — Nic ci się nie stanie. Dlaczego przychodzisz tu po nocy? A jeśli masz coś ważnego, czemu nie wejdziesz tam za firankę, gdzie śpią kobiety?

— Miejsce za firanką jest puste — wykrztusiła Tamina, chwytając oddech między poszczególnymi słowami. — Nie ma już kobiet w twoim domu, tuanie. Widziałam, jak stara mem odeszła, zanim zaczęłam cię budzić. Nie chcę mówić z twoimi kobietami, chcę mówić z tobą.

— Stara mem! — powtórzył Almayer. — To znaczy się moja żona?