Skinęła głową w odpowiedzi.

— Ale mojej córki się nie boisz?

— Czy nie słyszałeś, tuanie? — wykrzyknęła. — Mówiłam do ciebie długi czas, gdyś leżał z zamkniętymi oczami. Ona także odeszła!

— Przecież wiesz, że spałem. Czy nie umiesz poznać, kiedy człowiek śpi, a kiedy czuwa?

— Niekiedy — szepnęła Tamina — niekiedy duch trzyma się blisko ciała uśpionego człowieka i słyszy, co się mówi. Mówiłam długo, zanim ciebie dotknęłam, i mówiłam bardzo cicho, żeby nie przerazić ducha; nagły hałas mógłby go spłoszyć i pozostałbyś śpiącym na wieki. Dotknęłam twojego ramienia dopiero, gdy zacząłeś mruczeć słowa, których nie mogłam zrozumieć. Więc nic nie słyszałeś i nic nie wiesz?

— Nie mam pojęcia, o co chodzi. Powtórz, to będę wiedział.

Wziął ją za ramię i pociągnął ku balustradzie w światło księżyca. Nie stawiała oporu, tylko załamała ręce z wyrazem takiej rozpaczy, że ogarnął go niepokój.

— Mówże! Narobiłaś hałasu, że umarli mogliby się zbudzić. A jednak nikt żywy się nie zjawił — szepnął po chwili niespokojnie. — No! Zaniemówiłaś? Odezwijże się nareszcie!

Chwilę jeszcze pasowała się z sobą, wreszcie potok słów wydarł się z drżących jej ust; opowiedziała wszystko o miłości Niny i o swojej zazdrości. Na próżno spoglądał groźnie w jej twarz, nakazując milczenie; nie był w stanie powstrzymać dźwięków, które buchnęły z ust Taminy jak wrzący potok i objęły palącym wirem jego stopy. Rozpętane fale pną się coraz wyżej; już dotykają serca, już wdzierają się do ust jak roztopiony ołów; kłęby pary pochłaniają wszystko naokół. Wreszcie kipiąca toń zwiera się nad jego głową, przynosząc bezlitosną zagładę. Gdy Tamina mówiła o zmyślonej śmierci Daina i podstępie, którego ofiarą padł Almayer ledwie wczoraj, spojrzał na nią tak dziko, że słowa uwięzły jej na chwilę w gardle — lecz wnet się odwrócił i z twarzy jego znikł wszelki wyraz. Patrzył kamiennym wzrokiem gdzieś w dal ponad rzekę. Ach, ta rzeka! Dawny jego przyjaciel i dawny wróg. Przemawia wiecznie tym samym głosem, szemrząc nieustannie; rok za rokiem niesie powodzenia i zawody, szczęście i zgryzotę — a powierzchnia jej zawsze jednaka, choć tak rozmaita, pełna połyskliwych prądów i kotłujących się wirów. Przez długie lata słuchał jej beznamiętnego, kojącego szeptu, który brzmiał chwilami jak śpiew nadziei, to znów jak hejnał tryumfu lub otuchy. Najczęściej jednak niosła mu ukojenie, szemrząc o lepszych dniach, które nadejdą niebawem. Tyle lat! Tyle lat!... A teraz szmer tych samych fal wtóruje mozolnym i bolesnym uderzeniom jego serca. Przysłuchuje. się uważnie i dziwi ich miarowości, Zaczyna machinalnie liczyć: raz, dwa... Po co liczyć? Przy najbliższym uderzeniu serce musi się zatrzymać. Żadne serce nie jest w stanie tyle wycierpieć i bić tak spokojnie. Zmilkną miarowe uderzenia, co tętnią w jego uszach jak głuche ciosy młota. A jednak bije wciąż jeszcze, nieustające i okrutne. Nikt by tego znieść nie mógł. Czy to ostatnie uderzenie? A może następne będzie ostatnie? Jak długo jeszcze to potrwa, o Boże, jak długo?

Ręka Almayera wpierała się nieświadomie w ramię Taminy z coraz większą siłą. Znalazła się wreszcie u jego nóg i kończyła opowiadanie ze łzami bólu, wstydu i gniewu. Czyżby zemsta jej miała pójść na marne? Ten biały człowiek nieczuły jest jak kamień. Za późno! Za późno!