— Widziałaś, jak odchodziła? — zabrzmiał nad Taminą ochrypły głos Almayera.
— Czyż ci nie mówiłam, tuanie? — łkała, starając się wywinąć nieznacznie z jego garści. — Przecież widziałam na własne oczy, jak czarownica zepchnęła czółno! Przyczaiłam się w trawie i słyszałam każde słowo. Ta, którą zwaliśmy białą mem, chciała wrócić się i spojrzeć ci w twarz, ale czarownica zabroniła jej, a ona...
Pod naciskiem ciężkiej dłoni Tamina zrobiła pół obrotu i zgięła się jeszcze niżej, lecz podniosła głowę, patrząc mściwie na Almayera.
— A ona usłuchała! — wybuchnęła konwulsyjnie, płacząc i śmiejąc się z bólu. — Puść mnie, tuanie! Dlaczego się na mnie gniewasz? Spiesz się! Wkrótce już będzie za późno i nie pokażesz swego gniewu kobiecie, która cię oszukała.
Almayer poderwał z ziemi Taminę i spojrzał jej z bliska w oczy, choć wyrwała mu się, odwracając twarz przed wściekłym jego wzrokiem.
— Kto ciebie wysłał? Po co mnie dręczysz? — wybuchnął. — Nie wierzę ci. Kłamiesz.
Wyprężył nagle ramię i cisnął ją przez werandę ku drzwiom, gdzie padła i znieruchomiała. Zdało się, że wydarte jej życie zostało w dłoni Almayera, a u drzwi leży tylko nieruchomy, ciemny kłąb gałganów.
— Nino! — szepnął Almayer z tkliwym wyrzutem, pełnym bólu i miłości. — Nino! Ja nie wierzę!
Lekki powiew od rzeki przeciągnął falą po trawie podwórza, wbiegł na werandę i musnął chłodnym oddechem czoło Almayera niby pieszczota pełna niezmiernej litości. Zasłona w drzwiach wydęła się i opadła natychmiast z niepokojącą bezsilnością. Spojrzał na trzepocącą się tkaninę.
— Nino! — krzyknął. — Nino, gdzie jesteś?