Gdy księżyc wyjrzał zza drzew, niepokój i podniecenie ogarnęły znów Daina. Czemu jej jeszcze nie ma? Prawda, że długą ma drogę przed sobą i musi przebyć ją o jednym tylko wiośle. Jak zręcznie umieją te drobne ręce władać ciężkim wiosłem, jak wytrwale! To wprost zdumiewające. Takie małe rączki — mięciutkie dłonie, co potrafią dotknąć jego policzka muśnięciem lżejszym od powiewu motylich skrzydeł! Cudowne! Zatopił się w rozpamiętywaniu tej wielkiej tajemnicy, a gdy znów spojrzał w górę, księżyc wzniósł się już o szerokość dłoni nad drzewami. Czy Nina przyjedzie? Zmusił się do spokojnego leżenia, choć ciągnęło go, aby wstać i znów pognać dokoła polanki. Przewracał się z boku na bok, wreszcie wyciągnął się na wznak, drżąc z wysiłku, i ujrzał między gwiazdami jej twarz spoglądającą ku niemu.

Rechot żab nagle ustał. Dain siadł i z czujnością tropionego człowieka jął niespokojnie nasłuchiwać. Doszedł go plusk żab skaczących w wodę. Musiało je coś wystraszyć; zerwał się, rozglądając się podejrzliwie i uważnie. Rozległ się lekki zgrzyt, a potem suchy odgłos, jak gdyby dwa kawałki drzewa uderzyły o siebie. Widocznie ktoś wylądował! Dain nabrał w garść chrustu i trzymał nad ogniskiem, nie odwracając oczu od ścieżki. Czekał w niepewności; zamajaczyło coś wśród zarośli, później biała postać wyłoniła się z cienia i zdawała się płynąć ku niemu w bladym świetle. Serce skoczyło mu w piersi i zastygło na chwilę, a potem jęło miotać się w szalonych rzutach. Upuścił chrust na żarzące się węgle. Miał wrażenie, że krzyczy jej imię, że rzuca się ku niej — lecz nie wyrzekł ani słowa i nie poruszył się wcale. Stał jak posąg z brązu, milczący i nieruchomy w świetle księżyca spływającym mu na barki, tylko usta jego chwytały gorączkowo powietrze; zdawało się, że intensywność doznawanego szczęścia pozbawiła go zmysłów. Nina zbliżyła się szybkimi, stanowczymi krokami i nagłym ruchem rzuciła mu się na szyję, jakby padając prosto w jego ramiona z jakiejś niebezpiecznej wyżyny. Niebieskie błyski rozpełzły się po suchych gałęziach; trzask odżywającego ognia był jedynym dźwiękiem wśród skupionej ciszy ich spotkania. Wtem płomień ogarnął suchy chrust i strzelił na wysokość ich głów; w blasku tym ujrzeli nawzajem swoje oczy.

Milczeli oboje. Dain przychodził z wolna do siebie. Lekki dreszcz przebiegł od stóp do głów jego zdrętwiałe ciało i zatrzymał się na drżących wargach. Nina odchyliła głowę, topiąc w jego oczach owo przeciągłe spojrzenie, które stanowi najgroźniejszą broń kobiety. Bardziej jest przejmujące od najbliższego zetknięcia, a niebezpieczniejsze niż pchnięcie sztyletem. Wywleka duszę z ciała, pozostawiając ciało żywe, choć bezsilne, i rzuca je na pastwę kapryśnych wybuchów namiętności i żądzy. Takie spojrzenie pochłania całe jestestwo i przenika w najtajniejsze zakątki istoty; w nieprzytomnym porywie odniesionego zwycięstwa przynosi druzgocącą klęskę. Jednakie ma znaczenie dla syna lasów i mórz i dla tego, który się zapuszcza w bezdroża niebezpieczniejsze po stokroć — w labirynt miasta. Mężczyzna, który uczuł w piersi nadludzki zachwyt zbudzony tym spojrzeniem, staje się igraszką chwili bieżącej, co niesie mu rajską szczęśliwość, zapomina o dniu wczorajszym, nabrzmiałym cierpieniem, i nie dba o jutro, skąd może grozi zagłada: pragnie żyć na wieki we władzy tego wzroku. Jest to spojrzenie kobiety, która poddaje się miłości.

Zrozumiał. Prysły niewidzialne więzy: padł do jej stóp z krzykiem szczęścia. Objął jej kolana i ukrył głowę w fałdach sukni, szepcąc bezładne słowa wdzięczności i uwielbienia. Nigdy jeszcze nie uczuł takiego porywu dumy jak u stóp tej kobiety, złączonej połowicznie węzłami krwi z jego wrogami. Nina stała głęboko zamyślona, a palce jej błądziły po włosach Daina w nieświadomej pieszczocie. Stało się. Matka jej miała słuszność. Ten człowiek jest jej niewolnikiem. Spojrzała na klęczącą postać i uczuła niezmierną, tkliwą litość dla tego męża, którego nawet w myślach zwała władcą życia. Podniosła głowę i patrzyła smutno na południowe niebo rozpięte nad ścieżką ich wspólnego życia — jej i tego człowieka u jej stóp. Czyż nie powiedział, że ona jest jego światłem? Będzie jego światłem i jego wiedzą, jego wielkością i jego siłą; a nad wszystko — w tajemnicy przed całym światem — stanie się na zawsze jedyną, stałą jego słabością. Prawdziwa kobieta! We wzniosłej dumie niewieściej pragnęła stworzyć bóstwo z gliny rzuconej do swych stóp. Bóstwo, któremu wszyscy się pokłonią. Słodko jej było widzieć go u swych kolan i czuć, jak drży przy najsłabszym dotknięciu lekkich palców. Oczy jej patrzyły wciąż w południowe gwiazdy, a na stanowcze usta spłynął odblask nikłego uśmiechu. Któż by go zgłębił w niepewnym świetle ogniska? Mógł to być uśmiech tryumfu albo świadomej siebie potęgi, albo tkliwego współczucia — a może i miłości.

Przemówiła do niego łagodnie; wstał i otoczył ją ramieniem, ruchem władcy biorącego swój skarb w posiadanie. Złożyła głowę na jego piersi, czując, że chroniona jego ramieniem mogłaby rzucić wyzwanie całemu światu. Dain należał do niej ze wszystkim, co było w nim dobrego i złego. Jego siła i odwaga, zuchwałość i lekkomyślność, jego prosta mądrość i dzika przebiegłość — wszystko było jej własnością. Minęli czerwony krąg ognia, wstępując w srebrny deszcz księżycowych promieni. Gdy schylił ku niej głowę, ujrzała w jego oczach upojenie szczęsne bez miary od zetknięcia z wiotką postacią przytuloną do jego boku. Kołysząc się giętko i rytmicznie szli przez oświetloną polankę ku mrocznej ścianie lasu, który zdawał się strzec ich szczęścia, uroczysty i nieruchomy. Postacie ich rozpłynęły się w grze świateł i cieni u stóp wielkich drzew; szept tkliwych słów unosił się jeszcze nad pustą polanką, lecz przycichł i ustał niebawem. Westchnienie pełne niezmiernego smutku przewiało nad lasami w ostatnim wysiłku mrącego powiewu. Zapadła głucha cisza. Ziemia i niebo uciszyły się nagle w ponurej zadumie nad ludzką miłością i ludzkim zaślepieniem.

Wrócili do ogniska wolnym krokiem. Dain usłał dla Niny siedzenie z suchych gałęzi i rzucił się do jej stóp; złożywszy głowę na jej kolanach, oddał się cały rozkoszy mijających chwil. Głosy obojga wznosiły się i opadały, tchnąc ożywieniem lub tkliwością. Mówili o swej miłości i o wspólnym przyszłym życiu. Nina wtrącała niekiedy kilka zręcznych słów, które kierowały myślami Daina, a z jego ust płynęły potokiem wyrazy namiętne lub tkliwe, poważne lub groźne, zależnie od wywołanego przez nią nastroju. Mówił o swej rodzinnej wyspie, gdzie nieznane są ponure lasy i błotniste wybrzeża. Opowiadał o polach spadających tarasami, o szemrzących, jasnych strumykach, które błyszczą na zboczach wielkich gór i niosą krainie życie, a radość mieszkańcom. I mówił także o samotnym szczycie górującym nad pierścieniem z drzew, szczycie, co zna tajniki przelotnych chmur i jest siedliskiem tajemniczego ducha jego rasy — geniusza103 i opiekuna rodu. Mówił o przestrzennych widnokręgach, kędy szaleją dzikie wichry, wyjąc wysoko nad szczytami ognistych gór. Opowiadał o swoich przodkach, którzy zdobyli przed wiekami wyspę, przyszłe jego dziedzictwo. A gdy Nina pochyliła się nad nim, zasłuchana, musnął ręką bogate zwoje jej włosów i zapragnął nagle mówić o morzu, co tak mu jest drogie; o niemilknącym nigdy jego głosie, w który wsłuchiwał się od dziecka, pragnąc przeniknąć tajne jego znaczenie, niezgłębione dotąd przez żadnego człowieka; o czarownym jego lśnieniu; o napadach bezrozumnej, kapryśnej wściekłości; o wieczyście zmiennej powierzchni, co nęci zawsze jednakowo — i o zawsze tych samych przepastnych głębiach, zimnych i okrutnych, pełnych mądrości zniweczonych istnień. Opowiadał, jak morze rzuca na ludzi czar na całe życie i przykuwa ich do siebie, a potem pochłania wiernych niewolników bez względu na ich oddanie, gniewne, że boją się jego tajemnicy, której nie zdradzi nigdy przed nikim, nawet przed tymi, co je najbardziej ukochali. W miarę jak mówił, Nina spuszczała głowę coraz niżej, aż dotknęła prawie twarzą jego twarzy. Włosy jej przesłoniły mu oczy, oddech muskał skronie, a ramiona oplotły ciało. Mimo tak ścisłego zespolenia odgadła raczej, niż usłyszała, ostatnie jego słowa, co po krótkiej pauzie spłynęły cichutkim szeptem i rozwiały się w głębokim milczeniu:

— Widzisz, Nino, morze podobne jest sercu kobiety.

Nagły pocałunek zamknął mu wargi. Odrzekła spokojnie:

— Władco mojego życia! Morze dochowuje wierności tym, co nie znają trwogi.

Przędza włóknistych chmur rozsnuła się nad nimi niby olbrzymia pajęczyna rozpięta pod gwiazdami. Niebo omroczyło się zapowiedzią nadciągającej burzy. Z niewidzialnych pagórków stoczył się pierwszy, oddalony łoskot grzmotu i tłukł się między pasmami wzgórz, aż zapadł wreszcie w lasy nad rzeką. Podnieśli się oboje; Dain spojrzał niespokojnie na niebo.