— Babalaczi powinien już tu być — zauważył. — Minęło więcej niż pół nocy. Czeka nas długa droga, a lot kuli szybszy jest od najściglejszego czółna.

— Będzie tu, nim księżyc skryje się za chmurami — rzekła Nina. — O, plusk wody — słyszysz?

— To aligator — odparł Dain, spojrzawszy niedbale w stronę zatoki. — Im ciemniejsza noc, tym krótsza podróż przed nami; popłyniemy wtedy z głównym prądem. Ale jeśli będzie jasno, nawet nie jaśniej niż teraz, trzeba będzie przemykać się drobnymi przesmykami i woda nie przyjdzie z pomocą naszym wiosłom.

— Dainie — przerwała Nina poważnie — to nie jest aligator. Słyszę szelest kroków na wybrzeżu.

Dain nasłuchiwał przez chwilę.

— Tak. To nie może być Babalaczi; ten przyjechałby otwarcie, w wielkiej łodzi wojennej, a ci przybysze nie chcą widać robić hałasu. Ale ty słyszałaś, a ja już widzę — dodał prędko. — To tylko jeden człowiek. Stań za mną, Nino. Jeśli to przyjaciel, powitamy go z radością, jeśli wróg — zobaczysz, jak będzie umierał.

Położył rękę na krisie i czekał na niespodziewanego gościa. Ogień przygasł. Drobne chmurki, zwiastunki burzy, przelatywały szybkim korowodem przed tarczą księżyca; lotne ich cienie powlekały mrokiem polankę. Dain nie mógł rozpoznać zbliżającego się człowieka, ale uczuł niepokój na widok wysokiej postaci posuwającej się spokojnym, ciężkim krokiem. „Stój!’’ — krzyknął. Człowiek zatrzymał się w pewnym oddaleniu; Dain oczekiwał, że się odezwie, lecz słyszał tylko głęboki jego oddech. Przez rozdarcie w lecącej chmurze przelotna jasność spłynęła na polankę; spostrzegł nagle wyciągniętą ku sobie rękę z czymś błyszczącym i usłyszał krzyk Niny: „Ojcze!”. Dziewczyna znalazła się w mgnieniu oka między Dainem i rewolwerem Almayera. Gwałtowny jej okrzyk zbudził echa drzemiących lasów. Wszyscy troje zastygli w milczeniu; zdawało się, że czekają z wyrażeniem swych różnorakich uczuć aż do chwili, gdy cisza nastanie. Na widok Niny Almayer opuścił rękę i postąpił krok naprzód. Dain łagodnie usunął Ninę na bok.

— Czy jestem dzikim zwierzem, że usiłujesz zabić mnie znienacka i w ciemności, tuanie Almayer? — rzekł, przerywając naprężone milczenie. — Dorzuć chrustu do ognia — ciągnął dalej zwracając się do Niny — a ja będę pilnował mego białego przyjaciela, aby nie wyrządził krzywdy ani mnie, ani tobie, o rozkoszy mego serca!

Almayer ścisnął zęby i podniósł znów ramię. Błyskawicznym skokiem Dain znalazł się przy nim; zawiązała się krótka walka, rewolwer wypalił nieszkodliwie, aż wreszcie, wyrwany z ręki Almayera, zawirował w powietrzu i padł w krzaki. Obaj mężczyźni stali obok siebie, ciężko dysząc. Podsycony ogień rzucał niepewny krąg blasku i oświetlał przerażoną twarz Niny, która patrzyła na nich z wyciągniętymi rękoma.

— Dainie! — krzyknęła ostrzegawczo — Dainie!