Niebo zaciągnęło się szczelnie mrokiem. Szczyty i pnie drzew tonęły w gęstwie chmur wiszących nisko nad lasem, polanką i rzeką. Kontury znikły w głębokiej czerni, co pochłonęła, zda się, wszystko krom przestrzeni. Tylko ogień świecił jak gwiazda, o której zapomniano w zagładzie wszystkiego oprócz przestrzeni. Gdy Dain skończył mówić, w ciszy rozlegały się tylko łkania Niny; Dain trzymał ją w ramionach, klęcząc obok ogniska. Almayer patrzył na nich w ponurej zadumie. Gdy otwierał usta, aby coś powiedzieć, padł ostrzegawczy okrzyk od strony rzeki; po chwili usłyszeli plusk wioseł i gwar głosów.

— Babalaczi! — krzyknął Dain i zerwał się, podnosząc Ninę.

Ada! Ada!105 — zabrzmiał w odpowiedzi głos Babalacziego, który wbiegł na ścieżkę i stanął wśród nich, zgorączkowany i bez tchu. — Leć do mego czółna — rzekł do Daina, nie zwracając żadnej uwagi na Almayera. — Prędko! Jedziemy natychmiast. Ta kobieta wszystko im powiedziała.

— Jaka kobieta? — spytał Dain, spoglądając na Ninę. W tej chwili istniała dla niego jedna, jedyna kobieta na świecie.

— Ta suka z białymi zębami, po siedemkroć przeklęta niewolnica Bulangiego. Darła się u wrót Abdulli, aż cała osada zerwała się na nogi. Biali oficerowie jadą tutaj, prowadzeni przez nią i przez Reszyda. Jeśli chcesz żyć, nie przypatruj mi się, tylko uciekaj.

— Skąd wiesz o tym? — spytał Almayer.

— Och, tuanie, czy to ważne w tej chwili! Jedno tylko mam oko, lecz dojrzałem światło w kampungu Abdulli, gdy przejeżdżaliśmy tamtędy. I uszy mam dobre; leżeliśmy tuż pod brzegiem i usłyszałem, jak słano gońców do białych ludzi.

— Czy pojedziesz bez tej kobiety, która jest moją córką? — rzekł Almayer do Daina.

Babalaczi tupał z niecierpliwości, powtarzając:

— Jedź ze mną! Jedź natychmiast!