Czekał przez chwilę, po czym spytał z naciskiem:
— Czy mam zawołać Alego?
— Wołaj go — odrzekła po malajsku — ty, co nie umiesz być wierny nawet własnym rodakom. Dopiero co sprzedawałeś proch na ich zagładę, a teraz chcesz wydać im człowieka, którego wczoraj zwałeś przyjacielem. Dainie — zwróciła się do postaci stojącej nieruchomo, lecz w niemym oczekiwaniu w mroku — przynoszę ci śmierć zamiast życia, on cię wyda, jeżeli nie porzucę ciebie na zawsze!
Dain zbliżył się, objął Ninę za szyję i szepnął jej do ucha:
— Mogę zabić go tak, jak stoi, nim zdoła wymówić słowo. Od ciebie to tylko zależy. Babalaczi musi już być blisko.
Wyprostował się, wypuścił ją z ramion i zwrócił się w stronę Almayera, który patrzył w nich z wyrazem skupionej wściekłości.
— Nie! — krzyknęła dziko, czepiając się z trwogą Daina. — Zabij mnie raczej! Może ci wtedy daruje. Nie znasz serca białego człowieka. On woli ujrzeć mnie martwą niż oddać w twoje ramiona. Przebacz mi, przebacz twej niewolnicy, ale nie zabijaj go! — Upadła mu do nóg, łkając gwałtownie i powtarzając ciągle: — Zabij mnie! Zabij!
— Chcę cię mieć żywą — rzekł po malajsku Almayer z ponurym spokojem. — Albo pójdziesz ze mną, albo on będzie wisiał. Słyszysz, co mówię?
Dain odepchnął Ninę i nagłym ruchem uderzył w pierś Almayera rękojeścią krisa, zwracając ostrze ku sobie.
— Hai, popatrz tylko! Łatwo mi było obrócić ostrze w stronę przeciwną — rzekł równym, spokojnym głosem. — Odejdź, tuanie putih — dodał z godnością. — Darowuję ci twoje życie, moje życie i jej życie. Jestem niewolnikiem tej kobiety, a ona tego żąda.