— Nino — rzekł smutnie — czy nie ulitujesz się nade mną?
Nie było odpowiedzi. Nie odwróciła nawet głowy przytulonej do piersi Daina.
Poruszył się, jakby chciał odejść, i zatrzymał się znowu. W słabym blasku dopalającego się ogniska widział nieruchome ich postacie. Nina odwrócona była do niego plecami, a jej długie, czarne włosy spływały po białej sukni; nad głową córki spoglądała ku niemu spokojna twarz Daina.
— Nie mogę — szepnął Almayer i zamilkł. Po długiej pauzie zaczął mówić jeszcze ciszej, niepewnym głosem.
— To byłaby za wielka hańba. Jestem przecież białym człowiekiem! — Poczuł się doszczętnie złamany i szeptał dalej przez łzy: — Jestem białym człowiekiem i pochodzę z dobrej rodziny. Z bardzo dobrej rodziny — powtórzył, gorzko płacząc. — To byłaby hańba... wszędzie po wyspach... jedyny biały człowiek na całym wschodnim wybrzeżu... Nie, to się stać nie może. Biali ludzie nie zobaczą mojej córki z tym Malajem... Mojej córki! — krzyknął głośno z rozpaczą.
Po chwili odzyskał panowanie nad sobą i rzekł wyraźnie:
— Nie przebaczę ci nigdy, Nino, nigdy! Gdybyś teraz do mnie wróciła, pamięć tej nocy zatrułaby mi całe życie. Postaram się zapomnieć. Nie mam córki. Była w moim domu dziewczyna, Metyska, a teraz właśnie odchodzi na zawsze. Dainie, czy jak się tam nazywasz, zabieram ciebie i tę kobietę na wyspę przy ujściu rzeki. Chodźcie za mną.
Poszedł naprzód wybrzeżem w stronę lasu. Ali odpowiedział okrzykiem na jego wołanie. Przedarłszy się przez zwarty gąszcz, wsiedli do czółna ukrytego pod nawisłymi gałęźmi. Dain ułożył Ninę na dnie i siadł, trzymając jej głowę na kolanach. Almayer i Ali wzięli się do wioseł. Gdy już mieli ruszać, rozległ się ostrzegawczy syk Alego; wytężyli słuch wszyscy troje.
Wśród wielkiej ciszy poprzedzającej burzę usłyszeli zgrzyt wioseł obracających się rytmicznie w dulkach. Odgłos ów zbliżał się coraz bardziej; wreszcie Dain ujrzał przez gałęzie mętny zarys wielkiej, białej łodzi. Kobiecy głos odezwał się po cichu:
— Biali ludzie, możecie tu wylądować. Trochę wyżej, o, tam.