Łódź przepłynęła tak blisko, że końce długich wioseł zawadziły prawie o czółno.

— Dość miejsca na przejazd! Zatrzymać się. Lądujcie! On jest sam jeden i bezbronny — rozległ się spokojny rozkaz w języku holenderskim.

Ktoś drugi szepnął:

— Zdaje mi się, że widzę błysk ognia przez zarośla. — I łódź minęła ich, wchłonięta zaraz przez ciemność.

— A teraz — szepnął Ali — do wioseł. Odbijajmy prędko!

Czółenko znalazło się wnet na środku rzeki. W chwili gdy skoczyło naprzód pod energicznym naporem wioseł, usłyszeli gniewny okrzyk:

— Nie ma go przy ogniu! Rozbiegnąć się i szukać wszędzie!

Niebieskie światełka zabłysły w różnych stronach polanki. Nagle rozległ się ostry krzyk kobiecy, pełen bólu i wściekłości:

— Za późno! O głupi biali ludzie, nie ma go! Uciekł!

Rozdział dwunasty