— Przyszedłem ciebie zapytać. Moja rani uśmiecha się, gdy patrzy na kochanego człowieka. To biała kobieta płacze w niej teraz. Powinieneś wiedzieć dlaczego.
Almayer wzruszył ramionami i odwrócił się znów ku morzu.
— Chodź, tuanie putih — nalegał Dain — chodź do niej. Jej łzy straszniejsze są dla mnie niż gniew bogów.
— Doprawdy? Będziesz je nieraz oglądał. Powiedziała mi, że żyć bez ciebie nie może — ciągnął dalej bez cienia wyrazu w twarzy — więc przystoi, abyś prędko do niej wrócił. Nie boisz się, że przez ten czas umrze?
Wybuchnął głośnym, przykrym śmiechem. Dain spojrzał na niego z pewną obawą. Biały podniósł się jednak i szedł z wolna ku Ninie, spoglądając na słońce.
— Więc pojedziecie, gdy słońce znajdzie się nad nami? — zapytał.
— Tak, tuanie — odrzekł Dain.
— Niedługo będę czekał — mruknął Almayer. — Niezmiernie to dla mnie ważne, abym widział wasz odjazd. Was obojga. To właśnie jest dla mnie najważniejsze — powtórzył i przystanął nagle, patrząc uporczywie na Daina.
Ruszył znowu ku Ninie, a Dain pozostał w tyle. Almayer zbliżył się do córki i stał przy niej czas jakiś, spoglądając na nią z góry. Nie otworzyła oczu, lecz posłyszawszy kroki, szepnęła cicho, szlochając: „Dainie!”.
Almayer zawahał się chwilę i osunął się w piasek obok niej. Nie słysząc odpowiedzi, nie czując dotknięcia ręki, Daina otworzyła oczy i — zobaczywszy ojca — siadła nagle w przerażeniu.