— To ty, ojcze! — szepnęła cicho, zawarłszy w tych słowach cały swój żal, trwogę i budzącą się nadzieję.

— Nie przebaczę ci nigdy, Nino — rzekł Almayer obojętnym głosem. — Wydarłaś mi serce, gdy śniłem o twoim szczęściu. Oszukałaś mnie. Twoje oczy, które były dla mnie samą prawdą, kłamały mi każdym spojrzeniem — od jak dawna? sama wiesz o tym najlepiej. Głaskałaś moją twarz, licząc chwile dzielące cię od zachodu, który był hasłem twojego spotkania z tym człowiekiem.

Urwał. Siedzieli w milczeniu obok siebie, wpatrzeni bezkres morza. Słowa ojca osuszyły powieki Niny; stwardniał jej wzrok utkwiony w nieobjętą przestrzeń lazuru, przejrzystą, gładką i spokojną jak niebo. Almayer patrzył weń także, lecz z rysów jego znikł wszelki wyraz i zdawało się, że życie w oczach zagasło. Jego twarz — niby pusta karta — próżna była wzruszenia, czucia, myśli, a nawet i świadomości. Ręka losu starła zeń wszelką namiętność, żal i ból, i gniew, i nadzieję, jak gdyby po ciosie ostatnim wszystko się już wypełniło, jak gdyby wspomnienia nawet stały się czymś zbytecznym. Nieliczni ludzie, którzy widywali Almayera w tym ostatnim, krótkim okresie jego życia, byli zawsze pod wrażeniem jego twarzy, która zdawała się nie wiedzieć o niczym, co się i wewnątrz niego dzieje. Podobna była gładkiej pustej ścianie więziennej kryjącej grzech, żal, cierpienie i zmarnowane życie za obojętnym chłodem wapna i kamieni.

— Cóż tu jest do przebaczenia? — szeptała Nina, nie zwracając się do Almayera bezpośrednio, lecz jak gdyby dyskutując sama z sobą. — Czy mi nie wolno żyć własnym życiem, tak jak ty żyłeś swoim? Droga, po której chciałeś, abym poszła, zamknęła się przede mną nie z mojej winy.

— Nigdy mi nic nie mówiłaś — szepnął Almayer.

— Nie pytałeś mnie nigdy — odrzekła. — Myślałam, że jesteś jak inni i nie dbasz o mnie. Cierpiałam w samotności. Jakże ci mogłam powiedzieć: spotkało mnie poniżenie, dlatego że jestem twoją córką? Przecież mnie pomścić nie mogłeś.

— A jednak myślałem tylko o tym — przerwał Almayer — i pragnąłem ci dać całe lata szczęścia za krótki okres cierpień. Widziałem tylko jedną drogę przed nami.

— Ale to nie była moja droga — odparła. — Czy mogłeś mi dać szczęście, nie dając życia? Życia! — powtórzyła z nagłym przypływem energii, aż słowo rozdźwięczało się i poniosło nad falami. — A życie to potęga i miłość — dodała ciszej.

— To ten! — rzekł Almayer, wskazując na Daina, który stał tuż obok i patrzył na nich z ciekawością i zdziwieniem.

— Tak, ten! — odrzekła, spoglądając prosto w twarz ojca. Zauważyła po raz pierwszy dziwną stężałość jego rysów i przebiegł ją dreszcz trwogi.