Almayer zadrżał. Nie mogła mu powiedzieć nic okrutniejszego.
— Łódka płynie już po nas! — zawołał Dain wskazując na czarną plamkę między wybrzeżem a wysepką.
Wszyscy spojrzeli w tę stronę i stali w milczeniu, póki czółno nie przybiło do brzegu. Jakiś człowiek wysiadł i szedł ku nim. Zatrzymał się w pewnym oddaleniu, jak gdyby się namyślał.
— Z czym przyjeżdżasz? — spytał Dain.
— Otrzymaliśmy w nocy tajny rozkaz, aby zabrać z tej wysepki mężczyznę i kobietę. Oto kobieta. Który z was jest tym mężczyzną?
— Pójdź, rozkoszy mych oczu — rzekł Dain do Niny. — Odtąd twój głos będzie pieścił już tylko moje uszy. Wyrzekłaś ostatnie słowa do tuana putih, twego ojca. Pójdź.
Zawahała się chwilę i spojrzała na Almayera, który patrzył nieporuszenie w dal morza. Dotknęła ustami jego czoła w długim pocałunku; łza spadła mu na policzek — jej własna łza — i stoczyła się z nieruchomej twarzy.
— Do widzenia — szepnęła i stała w niepewności, aż pchnął ją nagle w ramiona Daina.
— Jeśli masz litość nade mną — szeptał jak gdyby wyuczone na pamięć zdanie — zabierz tę kobietę.
Stał wyprostowany z podniesioną głową i patrzył, jak szli wzdłuż brzegu w stronę czółna, objąwszy się ramionami. Spojrzał na ślady ich stóp i odprowadzał wzrokiem postacie oddalające się w surowym blasku południowego słońca, w tym potężnym, drgającym świetle, co jest jak zwycięska fanfara spiżowych trąb. Patrzył na brązowe barki mężczyzny, na czerwony sarong wokół jego bioder, na smukłą, olśniewająco białą postać, która wspierała się na nim. Patrzył na biel sukni, na bogate sploty długich, czarnych włosów. Patrzył, jak wsiadali do czółna, jak łódka stawała się coraz mniejsza — i serce szalało w nim z wściekłości, rozpaczy i żalu, a rysy tchnęły spokojem: wyglądał jak posąg zapomnienia. Rwało się w nim wszystko na strzępy — lecz Ali, który się zbudził i stanął obok niego, ujrzał na jego twarzy bezmyślną obojętność jak u ludzi, co żyją w beznadziejnym spokoju, odcięci od życia przez ślepotę.