Czółno znikło, a Almayer stał wciąż bez ruchu, wpatrzony w ślad na wodzie. Ali ocienił ręką oczy i rozglądał się ciekawie po wybrzeżu. Słońce zniżało się; powiew morski spłynął od północy i zmącił swym tchnieniem gładką taflę wody.
— Dapat!107 — krzyknął wesoło Ali. — Przyjął go, panie! Okręt przyjął go! Nie tam! Patrz w stronę Tanah Mirrah! Aha! Tam! Widzisz, panie? O, teraz widać! Widzisz?
Almayer patrzył w kierunku wskazanym przez Alego, ale długi czas nic nie mógł rozróżnić. Wreszcie dostrzegł trójkątną plamkę żółtego światła na czerwonym tle skał Tandjong Mirrah. Był to żagiel okrętu; zwrócony ku słońcu, odcinał się jaskrawo na ciemnej czerwieni przylądka. Żółty trójkąt pełzł z wolna od skały do skały, wreszcie minął przylądek i zajaśniał przez chwilę na błękicie morskiej dali. Okręt zwrócił się wnet ku południowi; żagiel zagasł i statek znikł w cieniu stromego przylądka, co spoglądał cierpliwie w dal, czuwając w samotności nad pustką morza.
Almayer stał wciąż bez ruchu. Wokoło małej wysepki powietrze pełne było gwaru szemrzącej wody. Czubate, drobne falki wbiegały na brzeg śmiało i radośnie, z młodzieńczą chyżością, i umierały wnet, pełne bezbronnego wdzięku, zostawiając na żółtym piasku kręty szlak przejrzystej piany. Górą żeglowały spiesznie ku południowi białe chmury, jak gdyby w pościgu za czymś. Ali wydawał się niespokojny.
— Panie — odezwał się nieśmiało — czas do domu. Długa droga przed nami. Wszystko już gotowe.
— Poczekaj — szepnął Almayer.
Teraz gdy już odjechała, pozostawało mu jedno — zapomnieć. Miał dziwne uczucie, że musi tego dokonać systematycznie i stopniowo. Ku wielkiemu przerażeniu Alego padł na kolana i czołgał się po ziemi, zacierając starannie rękoma wszystkie ślady stóp Niny. Sypał małe pagórki z piasku, które ciągnęły się za nim aż do wody niby rząd drobniutkich grobów. Pogrzebawszy ostatni nikły ślad pantofelka, powstał, obrócił się ku przylądkowi, gdzie widział okręt po raz ostatni, i usiłował krzyknąć w głos, że nigdy jej nie przebaczy. Ali, który śledził go niespokojnie, ujrzał, jak usta jego się poruszają, lecz nie padł z nich ani jeden wyraz. Almayer tupnął gwałtownie o ziemię. Twardym jest człowiekiem, twardym jak skała. A niech ją! Niech sobie jedzie. Nie miał nigdy córki. Zapomni o niej. Już nawet zapomina.
Ali zbliżył się znowu, nalegając, aby wyruszyli natychmiast; zgodził się tym razem i poszli obaj w stronę czółna. Almayer szedł naprzód. Mimo całej swej niezłomności wydawał się bardzo słaby i zgnębiony; wlókł się powoli przez piasek, a u boku stąpał — niewidzialny — ten osobliwy szatan, którego zadaniem jest jątrzyć pamięć, aby człowiek nie mógł zapomnieć o istotnej treści życia. Szeptał Almayerowi do ucha dziecięcą gadkę sprzed wielu, wielu lat. Almayer przechylił głowę i zdawał się słuchać niewidzialnego towarzysza, ale twarz jego podobna była do twarzy człowieka, który zginął od ciosu zadanego z tyłu. Wyglądał, jak gdyby dłoń niespodzianej śmierci starła mu nagle z twarzy wszelkie uczucia i wszelki wyraz.
Spali tej nocy nad rzeką, przywiązawszy czółno do krzaków. Legli na dnie jeden obok drugiego, w ostatecznym wyczerpaniu, co zabija głód, pragnienie, wszelkie czucie i myśl wszelką, a pożąda nieprzeparcie tylko głębokiego snu, w którym zatraca się chwilowo zmęczone ciało. Następnego dnia walczyli zawzięcie z prądem przez całe rano; koło południa dotarli do osady i przybili wnet do pomostu Lingarda i Sp. Almayer skierował się wprost do domu, a za nim szedł Ali z wiosłami na ramieniu i rozmyślał, że chętnie by zjadł coś niecoś. Uderzył ich opustoszały wygląd dziedzińca. Ali zaglądał kolejno do domków zamieszkałych przez służbę, wszystkie były puste. W drugim podwórzu zaległa również głucha cisza, nie było na nim znaku życia. Ognisko w szopie kuchennej wygasło i popiół zdążył już ostygnąć. Wysoki, chudy człowiek wysunął się z bananowego gaju i minął chyłkiem podwórze, spoglądając na nich przez ramię wielkimi, wystraszonymi oczami. Pewno jakiś bezpański włóczęga; wielu było takich w osadzie i uważali Almayera za swojego opiekuna. Włóczyli się i żerowali na jego gruntach, wiedząc, że nic im tu nie grozi, co najwyżej grad przekleństw sypnie się z ust białego, gdy wejdą mu w drogę. Lubili Almayera i wielkie pokładali w nim zaufanie, przezywając go „głupim” między sobą. Almayer wszedł do domu przez tylną werandę; jedynym żyjącym stworzeniem, jakie zastał, była małpka, dręczona od dwu dni głodem i samotnością. Spostrzegłszy znajomą twarz, zaczęła płakać i skarżyć się w małpim języku. Almayer uspokoił ją kilku słowami i kazał Alemu narwać bananów. Po jego odejściu stanął w drzwiach frontowej werandy i patrzył na kotłowisko poprzewracanych mebli; wreszcie podniósł stół i usiadł na nim. Małpka spuściła się po łańcuchu ze swojej kryjówki i usadowiła się na jego ramieniu. Gdy się zjawiły banany, zabrali się razem do śniadania. Zgłodniali byli oboje, jedli chciwie i niedbale rzucali łupiny na ziemię, złączeni ufnym porozumieniem i serdeczną przyjaźnią. Ali poszedł ugotować trochę ryżu, zrzędząc pod nosem, gdyż nie było w domu ani jednej kobiety; nie miał pojęcia, gdzie się podziały. Almayer zdawał się nie dbać o nic: skończywszy jeść, siedział wciąż na stole, machając nogami, i wlepił oczy w rzekę, zatopiony w myślach.
Po niejakim czasie wstał i podszedł do drzwi pokoju leżącego na prawo od werandy. Było to biuro: „Biuro Lingard i Sp.” Wchodził tam bardzo rzadko. Nie prowadził żadnych interesów i nie potrzebował już biura. Drzwi były zamknięte, stał i zastanawiał się, gryząc wargi, gdzie też może się znajdować klucz. Nagle przypomniał sobie: wisi na gwoździu w pokoju kobiet. Zbliżył się do wejścia zasłoniętego czerwoną firanką zwisającą w nieruchomych fałdach; zawahał się chwilę, wreszcie pchnął zasłonę ramieniem, jakby to była jakaś ciężka zapora. Przez okno wpadał wielki czworokąt słonecznego blasku i kładł się na podłogę. Na lewo stała drewniana skrzynia pani Almayer, pusta, z odrzuconym wiekiem; tuż obok błyszczały miedziane gwoździe, którymi był nabity europejski kufer Niny, tworząc na wierzchu dwie duże litery: N. A. Kilka sukien Niny wisiało na drewnianych kołkach, przybrawszy w swym opuszczeniu sztywny wygląd urażonej godności. Przypomniał sobie, że sam te kołki wystrugał, i zauważył, że bardzo są porządne. Gdzież ten klucz? Rozejrzał się i zobaczył, że wisi obok drzwi. Czerwony był od rdzy. Zmartwił się, lecz wnet się opamiętał i zdziwił, że go to obeszło. Cóż to szkodzi? Wkrótce nie będzie już ani klucza, ani drzwi, ani niczego. Zatrzymał się z kluczem w ręku; czy też zdaje sobie sprawę, do czego właściwie zmierza? Wrócił na werandę i stanął w zamyśleniu obok stołu. Małpka zeskoczyła z jego ramienia, chwyciła łupinę leżącą na podłodze i jęła pracowicie drzeć ją na kawałki.