— Zapomnieć! — wyszeptał Almayer. Ten wyraz poruszył w jego świadomości cały łańcuch wypadków; ujrzał dokładny plan tego, co trzeba wykonać. Wiedział już doskonale, co ma zrobić. Naprzód to, potem tamto — a potem zapomnienie już łatwo przyjdzie. Bardzo łatwo! Opętała go myśl, że jeśli nie zapomni przed śmiercią, będzie musiał pamiętać przez całą wieczność. Musi wyrwać z życia pewne rzeczy, zdeptać, zniweczyć, zapomnieć. Długi czas stał zatopiony w myślach, pochłonięty przerażającymi możliwościami niezwyciężonej pamięci. Czuł coraz wyraźniej wiszącą nad nim grozę śmierci i wieczności. — Wieczność! — rzekł głośno. Dźwięk tego słowa wyrwał go z zadumy. Małpka drgnęła i upuściła łupinę wykrzywiając się do niego przyjaźnie.
Zbliżył się do drzwi biura, otworzył je z niejaką trudnością i wszedł, podnosząc tuman kurzu. Otwarte księgi o podartych stronicach walały się po podłodze, inne zaś, brudne i czarne, wyglądały, jakby ich nigdy nikt nie otwierał. To księgi rachunkowe. W tych księgach zamierzał spisywać dzień po dniu swoje wzrastające bogactwa. Było to dawno, bardzo dawno! Przez wiele lat nie skreślił ani słowa na tych kartkach pociętych czerwonymi i niebieskimi liniami. Wielkie biurko o złamanej nodze, stojące w środku pokoju, chyliło się na bok jak kadłub okrętu osiadłego na mieliźnie; wszystkie prawie szuflady powylatywały, wysypując stosy papieru pożółkłego od starości i brudu. Obracające się krzesło stało na swym zwykłym miejscu, lecz kiedy go dotknął, okazało się, że nie kręci się już wcale. A niech tam! Dał za wygraną i wodził z wolna oczami od przedmiotu do przedmiotu. Ileż to pochłonęło kiedyś pieniędzy! A teraz wszystkie te rzeczy — biurko, papiery, podarte książki, połamane półki — wszystko to wygląda pod grubą warstwą pyłu jak szkielet i prochy martwego warsztatu pracy. Oto co pozostało po tylu latach trudu, walki, znużenia i zniechęcenia, które tylekroć przezwyciężał. I na co to wszystko? Rozmyślał ponuro o swej przeszłości, gdy nagle usłyszał wyraźnie jasny głosik dziecięcy szczebiocący wśród tej ruiny i spustoszenia. Wzdrygnął się z przerażeniem i gorączkowo jął zgarniać papiery rozsypane po podłodze. Połamał krzesło na kawałki, roztrzaskał szuflady o biurko i z wszystkich szczątków i rupieci ułożył wielki stos w rogu pokoju.
Wrócił prędko na werandę, trzasnąwszy drzwiami, zamknął je na klucz, wyjął go, pobiegł ku balustradzie i z rozmachem cisnął w rzekę, aż zagwizdało w powietrzu. Potem podszedł z wolna do stołu i zawołał na małpkę, odczepiwszy łańcuch, przygarnął ją do piersi i otulił kurtką. Siadł na stole i wlepił wzrok we drzwi pokoju, z którego wyszedł przed chwilą. Nasłuchiwał bacznie. Posłyszał suchy szelest, potem ostry trzask jak od pękania suchego drzewa, wreszcie jak gdyby trzepot skrzydeł zrywającego się nagle ptaka. Przez dziurkę od klucza jęła się wydobywać cienka struga dymu. Małpka szarpała się pod kurtką. Wpadł Ali z oczami rozszerzonymi przerażeniem.
— Panie! Dom się pali! — krzyknął.
Almayer wstał, trzymając się stołu. Krzyki lęku i zdumienia niosły się od osady. Ali załamał ręce, głośno lamentując.
— Cicho, głupcze — rzekł spokojnie Almayer. — Weź mój hamak i kołdry i zanieś je do drugiego domu. No, prędko.
Dym buchał już przez szpary podłogi. Ali porwał hamak i jednym susem znalazł się u stóp werandy.
— Zajęło się dobrze — mruknął Almayer. — Spokojnie, Jack! — zwrócił się do małpki, która szarpała się rozpaczliwie, chcąc wyrwać się z swego zamknięcia.
Drzwi pękły od góry do dołu, buchnął ogień i dym, wypierając Almayera aż do balustrady. Wytrwał tam, dopóki potężny huk nad głową nie dał znać, że dach jest w płomieniach. Wówczas zbiegł ze schodów, krztusząc się dymem, który ścigał go i czepiał się niebieskawym wieńcem jego włosów.
Po drugiej stronie rowu, oddzielającego podwórze Almayera od osady, tłum mieszkańców Sembiru gapił się na płonący dom białego. W spokojnym powietrzu bladoceglaste płomienie strzelały wysoko, mieniąc się fioletem w jaskrawym słońcu. Cienka kolumna dymu wznosiła się prosto i równo w górę i gubiła w jasnym błękicie. W wielkiej, pustej przestrzeni między dwoma domami zainteresowani widzowie mogli dostrzec wyniosłą postać białego, wlokącą się ze spuszczoną głową w kierunku „Szaleństwa Almayera”.