Tak więc Almayer przeniósł się do nowego domu. Objął w posiadanie świeżą ruinę i w upartym szaleństwie swego serca czekał z niepokojem i udręką na zapomnienie, które wciąż jeszcze nie przychodziło. Uczynił wszystko, co tylko mógł. Zniweczył wszelki ślad istnienia Niny, a teraz pytał siebie każdego rana, czy zapomnienie przyjdzie przed wieczorem, czy w ogóle przyjdzie przed śmiercią. Pragnął żyć tylko tak długo, aby móc zapomnieć. Uporczywość pamięci napełniała go przerażeniem i odrazą do śmierci. Jeśli umrze, zanim cel jego życia zostanie osiągnięty, będzie musiał pamiętać na wieki! Tęsknił także za samotnością — ale na próżno. W półmroku pokoi — przy zamkniętych okiennicach, w jasnym blasku słońca na werandzie, gdziekolwiek poszedł, gdziekolwiek się obrócił, wszędzie widział drobną postać dziewczynki o ładnej, ciemnej twarzyczce i długich, czarnych włosach. Różowa sukienka zsuwała jej się z ramionek, a wielkie oczy spoglądały ku niemu z tkliwą ufnością pieszczonego dziecka. Ali nic wprawdzie nie widział, ale zdawał sobie sprawę, że w domu jest dziecko. Odwiedzając znajomych w osadzie, wiódł nieraz długie rozmowy u ognisk, wieczornych i opowiadał zaufanym przyjaciołom o dziwnym zachowaniu się Almayera. Pan jego stał się czarownikiem na stare lata. Gdy tuan putih pójdzie już spać, słychać często, jak rozmawia z kimś w swoim pokoju. Alemu zdaje się, że to duch zaklęty w kształt dziecka. Poznaje to po niektórych słowach i wyrażeniach. Pan mówi niekiedy po malajsku, ale częściej po angielsku; Ali rozumie po angielsku. Czasem pan jest czuły dla dziecka, czasem płacze nad nim, to znów śmieje się, błaga, aby sobie odeszło — przeklina je nawet. Jest to duch zły i uparty. Ali przypuszcza, że pan wywołał go nierozważnie, a teraz nie może się go pozbyć. Pan jest bardzo odważny: nie boi się rzucać przekleństw na ducha, a raz to walczył z nim nawet! Ali usłyszał wielki hałas i bieganinę po pokojach, i jęki. To jego pan jęczał, duchy nie jęczą. Pan jest bardzo odważny, lecz głupi. Przecież ducha zranić nie można. Ali spodziewał się, że na drugi dzień znajdzie pana nieżywego, ale nie. Pan wstał bardzo rano, wyglądał znacznie starzej niż przedtem i przez cały dzień nic nie jadł.
Oto co rozpowiadał Ali w osadzie. Z kapitanem Fordem był daleko rozmowniejszy dla tej prostej przyczyny, że kapitan Ford miał pieniądze i wydawał rozkazy. Za każdą bytnością Forda, który przyjeżdżał co miesiąc, Ali zjawiał się na pokładzie z raportem o mieszkańcu „Szaleństwa Almayera”. Przybywszy do Sembiru po wyjeździe Niny, Ford zajął się interesami Almayera. Nie przedstawiało to wielkich trudności. Szopa, gdzie chowano zapasy, była pusta, a łódki znikły, rozkradzione nocą przez różnych sembirskich obywateli łaknących środków przewozowych. W czasie wielkiego wylewu pomost Lingarda i Sp. opuścił wybrzeże i popłynął w dół rzeki, szukając snadź weselszego otoczenia; nawet stado gęsi — „jedynych gęsi na całym wschodnim wybrzeżu” — wyruszyło w świat, przekładając nieznane niebezpieczeństwa czyhające w lesie nad opustoszałą siedzibę. Z czasem trawa porosła czarny płat ziemi, gdzie przedtem stał dom Almayera, i nie zostało ani śladu z budynku, który chronił młodzieńcze jego nadzieje, niemądre marzenia o wspaniałej przyszłości, ocknięcie się jego i rozpacz.
Ford rzadko odwiedzał Almayera, bo nie należało to wcale do przyjemności. Almayer odpowiadał obojętnie na hałaśliwe zapytania o jego zdrowie, usiłował nawet rozmawiać i pytał o nowiny, ale czuć było z jego głosu, że nie ma na tym świecie nowiny, która by mogła go obejść. Z czasem stawał się coraz bardziej milczący, nie na ponuro, ale jak gdyby zapominał stopniowo mówić. Krył się w najciemniejszych zakątkach, gdzie Ford musiał go wyszukiwać, kierując się tupotem małpki, która biegła naprzód. Małpka zjawiała się zawsze na powitanie Forda. Zwierzątko objęło najformalniejszą opiekę nad Almayerem; kiedy chciało, aby zjawił się na werandzie, ciągnęło go wytrwale za kurtkę, póki nie wyszedł posłusznie w blask słońca, którego zdawał się tak bardzo nie lubić.
Pewnego ranka Ford zastał go siedzącego na podłodze werandy z plecami opartymi o ścianę; nogi jego wyciągnięte były sztywno, a ręce zwisły bezwładnie. Twarz pozbawiona wyrazu, rozwarte szeroko oczy o nieruchomych źrenicach i sztywność pozy czyniły go podobnym do olbrzymiego pajaca, którego ktoś zepsuł i porzucił. Usłyszał kroki Forda i z wolna obrócił ku niemu głowę,
— Ford — szepnął do niego z podłogi — ja nie mogę zapomnieć.
— Doprawdy? — zapytał dobrodusznie Ford, usiłując być jowialnym108. — Chciałbym to samo o sobie powiedzieć. Co do mnie, tracę zupełnie pamięć, nie ma rady, starość! Parę dni temu mój pomocnik...
Zamilkł, Almayer dźwignął się z ziemi, ale potknął się i wsparł na ramieniu przyjaciela.
— Oho, dzisiaj lepiej się czujesz. Wkrótce przyjdziesz zupełnie do siebie — rzekł wesoło Ford, kryjąc lęk.
Almayer puścił jego ramię i stał wyprostowany z głową podniesioną i odrzuconymi w tył ramionami. Patrzył kamiennym wzrokiem na niezliczone mnóstwo słońc jaśniejących w falach rzeki. Kurtka jego i luźne spodnie trzepotały się w wietrze na wychudłych członkach.
— Niech jedzie! — wyszeptał ochrypłym głosem. — Niech sobie jedzie. Jutro o niej zapomnę. Jestem człowiekiem twardym, twardym jak skała... jak...