— Jestem jak biały człowiek, mówię wiele o tym, co nie powinno znajdować się na ustach mężczyzn, gdy rozmawiają ze sobą.
I odszedł zgnębiony.
*
Milczący, rozkołysany tłum, zbity w półkole u schodów „Szaleństwa Almayera”, rozwarł się przed gromadką biało odzianych ludzi w turbanach, którzy szli przez trawę ku domowi. Abdulla postępował naprzód, wspierając się na Reszydzie, a za nim kroczyli wszyscy Arabowie z Sembiru. Gdy weszli w szpaler kornego tłumu, podniósł się stłumiony gwar, wśród którego można było wyraźnie rozróżnić jedno jedyne słowo: „mati”110. Abdulla przystanął i rozejrzał się powoli.
— Nie żyje? — spytał.
— Obyś żył wiecznie! — odkrzyknął tłum jednogłośnie, po czym nastała głucha cisza.
Abdulla postąpił kilka kroków i znalazł się po raz ostatni twarzą w twarz z dawnym swym wrogiem. Czymkolwiek mógł być niegdyś, teraz nie był już groźny: leżał sztywny i martwy w bladym świetle wczesnego ranka. Jedyny biały człowiek na wschodnim wybrzeżu już nie żył, a jego duch, wyzwolony z więzów ziemskiej ułudy, stanął przed Nieskończoną Mądrością. Twarz jego, zwróconą ku niebu, przyoblókł spokój, jaki zjawia się po nagłym ustąpieniu udręki i bólu. Pogodne oblicze świadczyło bez słów wobec czystych niebios, że ten człowiek, leżący pod obojętnym wzrokiem tłumu, doznał przed śmiercią łaski zapomnienia.
Abdulla patrzył smutnie na niewiernego, z którym walczył tak długo, którego tylekroć zwyciężał. Prawowierny wyznawca został wynagrodzony! A jednak w starym sercu Araba drgnęło uczucie żalu za tym, co odeszło z jego życia wraz z śmiercią białego. Znikali przyjaciele i wrogowie, mijały tryumfy i zawody — wszystko, co składa się na życie; przed nim był już tylko kres. Modlitwa wypełni ostatek dni wydzielonych prawowiernemu. Ujął różaniec wiszący u pasa.
— Znalazłem go tak dziś rano — rzekł Ali cichym i wylękłym głosem.
Abdulla spojrzał chłodno raz jeszcze na pogodne oblicze.