— No i co? — pytał Ford.
— Uszedłem z życiem — ciągnął poważnie Babalaczi — ponieważ biały człowiek jest bardzo słaby i upadł, rzucając się na mnie. — Po chwili dodał: — Ona szaleje z radości.
— Almayerowa?
— Tak. Mieszka w domu naszego radży. Ona nieprędko umrze. Takie kobiety żyją długo — rzekł Babalaczi z odcieniem żalu w głosie. — Zakopała swoje dolary, ale wiemy, w jakim miejscu. Dużo było kłopotu z tymi ludźmi. Musieliśmy zapłacić karę i słuchać gróźb białych ludzi. Trzeba być teraz ostrożnym.
Westchnął i zamilkł, lecz po chwili podjął znów z energią:
— Będzie wojna! Tchnienie walki wieje przez wyspy. Czy jeszcze dożyję?... Ach, tuanie — ciągnął już spokojniej — stare czasy były najlepsze! Nawet ja żeglowałem z wojownikami z plemienia Lanun i napadaliśmy w nocy na ciche okręty z białymi żaglami. To było jeszcze, nim angielski radża zaczął rządzić w Kuchingu109. Walczyliśmy między sobą i byliśmy szczęśliwi. Teraz, kiedy walczymy z wami, czeka nas tylko śmierć!
Powstał, zabierając się do odejścia.
— Tuanie — rzekł — czy pamiętasz niewolnicę Bulangiego? Tę, co narobiła całego tego kłopotu?
— Pamiętam. Co się z nią stało?
— Wychudła bardzo i nie mogła pracować. Wtedy Bulangi, który jest złodziej i zjadacz świńskiego mięsa, odstąpił mi ją za pięćdziesiąt dolarów. Umieściłem ją wśród moich kobiet, aby stała się tłusta. Pragnąłem usłyszeć jej śmiech, lecz widać urzekł ją ktoś... i parę dni temu... umarła. Nie, tuanie! Czemu mówisz złe słowa? Stary jestem, to prawda, ale dlaczego nie miałbym pragnąć widoku młodej twarzy i dźwięku młodego głosu w moim domu? — Urwał i zaśmiał się ponuro, dodając: