— W swoim pokoju. Śpi teraz — odpowiedział ociężale Dżim Eng.

Ford zajrzał przez drzwi. Dostrzegł w półcieniu Almayera leżącego na wznak na podłodze, z głową wspartą o drewnianą poduszkę. Długa biała broda pokrywała mu piersi, cera pożółkła, a spod przymkniętych powiek wyglądały białka...

Ford wzdrygnął się i odwrócił. Wychodząc, zauważył długi pas czerwonego spłowiałego jedwabiu pokryty chińskimi głoskami. Dżim Eng przymocował go właśnie do jednego ze słupów werandy.

— Co to takiego? — spytał.

— To jest nazwa tego domu — odrzekł Chińczyk bezbarwnym głosem. — Mój dom tak samo się nazywa. Bardzo dobra nazwa.

Ford popatrzył na niego i odszedł. Nie wiedział, co znaczy wariacki labirynt z chińskich liter na tle czerwonego jedwabiu. Gdyby był spytał Dżim Enga, cierpliwy Chińczyk wytłumaczyłby z należytą dumą, że napis brzmi: „Dom Niebiańskiej Rozkoszy”.

Tegoż dnia wieczorem Babalaczi przyszedł w odwiedziny do kapitana Forda. Drzwi od kajuty wychodziły na pokład; na wysokim progu siedział okrakiem Babalaczi, a Ford palił fajkę, wyciągnięty na tapczanie. Parowiec odpływał już nazajutrz rano i stary dyplomata przyszedł jak zwykle na ostatnią pogawędkę.

— Mieliśmy wieści z Bali w ostatnim miesiącu — zauważył Babalaczi. — Wnuk urodził się staremu radży i wielka tam radość.

Ford usiadł, zaciekawiony.

— Tak — rzekł Babalaczi, odpowiadając na pytające jego spojrzenie. — Powiedziałem mu. To było, nim zaczął palić.