Pan Verloc, wbrew zwyczajowi, zrzucił z siebie palto. Leżało na kanapie. Kapelusz, widać też odrzucony, spoczywał pod kanapą. Pan Verloc siedział na krześle przysuniętym tuż do kominka, pochylony nisko nad żarem, z głową w dłoniach i nogami zbliżonymi do ognia. Zęby mu szczękały z niepohamowaną gwałtownością i cały jego ogromny grzbiet drgał w takt tego szczękania. Pani Verloc się zlękła.
— Przemokłeś — powiedziała.
— Nie bardzo — zdołał wyjąkać pan Verloc, wzdrygnąwszy się mocno. Zdobył się na wielki wysiłek i przestał szczękać zębami.
— Jeszcze mi się rozchorujesz — rzekła z prawdziwym niepokojem.
— Chyba nie — odrzekł pan Verloc, dysząc chrapliwie przez nos.
Widać zdołał się paskudnie zaziębić między siódmą rano i piątą po południu. Pani Verloc patrzyła na jego zgięte plecy.
— Gdzieżeś był dzisiaj? — spytała.
— Nigdzie — odrzekł przez nos cichym, zduszonym głosem. Jego poza zdradzała przygnębienie albo silny ból głowy. Wykrętność i nieszczerość tej odpowiedzi uwydatniła się w przykry sposób wśród głuchej ciszy pokoju. Odchrząknął, jakby chcąc się usprawiedliwić, i rzekł:
— Byłem w banku.
Pani Verloc nadstawiła ucha.