— Pan przyjeżdża z kontynentu? — odezwała się po chwili.
Wysoki, szczupły nieznajomy, nie patrząc właściwie na panią Verloc, odpowiedział tylko nikłym, dziwnym uśmiechem.
Spokojny i obojętny wzrok pani Verloc spoczywał na nim.
— Pan rozumie po angielsku, nieprawdaż?
— O tak. Rozumiem po angielsku.
W jego akcencie nie było nic cudzoziemskiego, tylko wymawiał słowa wolno, jakby mu to przychodziło z trudnością. Pani Verloc, opierając się na różnorodnych swych doświadczeniach, doszła do wniosku, że niektórzy cudzoziemcy mówią lepiej po angielsku niż sami Anglicy. Powiedziała, nie odwracając oczu od drzwi saloniku:
— Chyba pan nie zamierza pozostać w Anglii na stałe?
Nieznajomy znów się uśmiechnął, milcząc. Miał miły wyraz ust i bystre oczy. Zaprzeczył głową jakby z pewnym smutkiem.
— Mój mąż pomoże panu i wszystko będzie dobrze. A tymczasem najlepiej pan zrobi, jeśli pan zamieszka na kilka dni u Guiglianiego, w hotelu Continental. To coś w rodzaju pensjonatu. Spokojnie tam. Mój mąż pana zaprowadzi.
— Dobra myśl — rzekł szczupły brunet, którego wzrok nagle stwardniał.