— Pan znał już przedtem mojego męża, co? Może we Francji?

— Słyszałem o nim — przyznał gość; mówił powoli, mozolnie, przy czym czuło się z jego tonu, że nie chce się wdawać w rozmowę.

Zapadło milczenie. Potem nieznajomy odezwał się znowu tonem znacznie naturalniejszym:

— Może pani mąż wyszedł już i czeka na mnie na ulicy?

— Na ulicy! — powtórzyła zaskoczona pani Verloc. — To niemożliwe. Nie ma tu innego wyjścia z mieszkania.

Przez chwilę siedziała obojętnie, potem wstała z krzesła i zajrzała do saloniku, uchyliwszy oszklonych drzwi. Nagle je otworzyła i znikła.

Pan Verloc przez cały ten czas tylko włożył palto. Ale dlaczego stanął potem przy stole, wsparty o niego oburącz, jakby czuł zawrót głowy lub mdłości? Winnie nie mogła nic z tego zrozumieć.

— Adolfie — zawołała półgłosem, a gdy się wyprostował, dodała szybko: — Czy znasz tego człowieka?

— Ze słyszenia — odszepnął niespokojnie pan Verloc, rzucając na drzwi wściekłym wzrokiem.

W pięknych, obojętnych oczach Winnie zapaliła się błyskawica wstrętu.