— Trudność mojej pracy polega właśnie na tym, że muszę robić doświadczenia z różnego rodzaju zapalnikami. Przecież trzeba je wypróbować. Zresztą...

Ossipon przerwał.

— Kto to mógł być, ten człowiek? Ręczę wam, że nikt z nas w Londynie nie miał pojęcia... Czy możecie mi opisać człowieka, któremu daliście materiał wybuchowy?

Tamten zwrócił na Ossipona okulary jak podwójny reflektor.

— Opisać — powtórzył z wolna. — Teraz chyba nic temu nie przeszkadza. Opiszę go wam w jednym słowie: Verloc.

Ossipon, który z ciekawości uniósł się trochę na krześle, opadł, jakby go spoliczkowano.

— Verloc? Niemożliwe.

Opanowany człowieczek skinął lekko głową.

— Tak. To on. W tym wypadku nie możecie powiedzieć, że dałem swój materiał pierwszemu lepszemu durniowi, który się nawinął. O ile wiem, Verloc był wybitnym członkiem waszej grupy.

— Tak — odrzekł Ossipon. — Wybitnym. Choć nie, niekoniecznie. Był ośrodkiem naszego wywiadu i przyjmował zwykle kolegów, którzy tu przybywali. Umiał być pożyteczny, ale wybitny nie był. Umysł pozbawiony twórczości. Przed laty przemawiał na zebraniach... zdaje się, że we Francji. Ale nieszczególnie. Ufali mu tacy ludzie jak Latorre, Moser i cała ta stara gwardia. Jedyny talent, jakim się naprawdę wykazał, to umiejętność odwracania w jakiś sposób uwagi policji. Na przykład w tym wypadku wcale nie wygląda mi na to, aby go specjalnie śledzono. Miał, uważacie, prawowitą żonę. Zdaje się, że to za jej pieniądze założył ten sklep. Chyba mu się to opłacało.